Archive for the ‘wstążki i sznurki’ Category

Najpierw twarde, podstawowe fakty. Tak, zamówiłam książkę Macieja (vel Niekrytego) jeszcze w preorderze, żeby nie zamawiać w orderze (jak rzekł w ostatnim odcinku swojego Vloga Beczka na temat swojej książki, którą notabene też zamówiłam w preorderze. Tak mnie ostatnio jara polskie środowisko bloggerskie, o!). Również tak, przeczytałam ją naraz, w ciągu jednego wieczora. Jak głosiła reklama, nie można się od tego oderwać. I kolejne tak, tak, tak – zaskoczyła mnie.

Bowiem ta książka to moralitet.

Jedyny dobry (albo w miarę dobry, ja już jestem „ramolem”) moralitet, na który stać polski internet. Skierowany nie do mnie, co mnie zdziwiło. Niekryty Krytyk zazwyczaj w swoich filmikach zajmował się bowiem rzeczami kreującymi polską rzeczywistość w latach 90. ubiegłego wieku, na których nasze (moje i jego – różnica wieku jest nieznaczna) pokolenie się wychowywało. Toteż nie zrozumiałam czemu głównym odbiorcą książki wydają się ci, co się ich pogardliwie nazywa teraz gimbusami. Czy średnia wieku widzów Niekrytego spadła do ludzi, którzy tamtych czasów nie mogą pamiętać, ale oglądają te filmiki po prostu dla jego nieskrępowanej konwenansami komiczności? For the lulz?

Maciek nie pominął niczego co my, piękni dwudziestoletni (choć już niebawem z przodu trójeczka), chcielibyśmy przekazać młodszym od nas. Nie mówię „naszym dzieciom” ani „następnemu pokoleniu” – część z naszych koleżanek rodziła jeszcze w liceach, a część z nas może doczekać się dzieci w okolicach pięćdziesiątki albo wcale. Ale tak, jest o tym, że konformizm nie jest dobrym pomysłem, że seks trzeba uprawiać z głową, że czasem nie jest ważne czy masz czerwony pasek na świadectwie, ale to, że w końcu, w końcu znajdziesz to, co lubisz robić i będziesz na tym zarabiał, więc zamiast kuć na kartkówkę z matematyki (Niekrytemu chyba ta matematyka NAPRAWDĘ zaszła za skórę, wyżywa się na niej jak piany facet na prostytutce z przemytu. Ups, wchodzę w jego poetykę!), lepiej szukać, szukać i jeszcze raz szukać, czegoś co nas podjara (i nie chodzi tu o dragi, goddammit! ;D).

Wszystko to podane tak, jak zrozumie człowiek w młodym wieku. Lekkostrawnie, z zabawnymi ilustracjami komiksowymi (brawa za oprawę graficzną dla Virus Group i Bernarda Ptaszyńskiego!), z wtrętami na temat kultury pop. To może już nie być książka dla ludzi z mojego rocznika – fakt, czasem puszcza się do nas oczko, ale częściej nie. Książka np. upstrzona jest kodami QR, odsyłającymi do różnych treści, brak natomiast jest w odnośnikach w stopce albo pod koniec książki staromodnej listy linków, choćby skróconych, żeby sobie można było w przeglądarkę wstukać. Tak, wiem, w tę stronę będą szły publikacje – będą na pograniczu wirtuala z realem. Młodzież to kupi, ja – niezbyt. Cały dyskurs jest ponadto doprawiony anglicyzmami (wiadomo, Maciek jest anglistą), przekleństwami (ale tu się mruga okiem, że niby nie) i całą garścią kolokwializmów i słów z młodzieżowego socjolektu (chociaż były i „androny”, fakt) – czyta się łatwo, ale mnie, w przeciwności do wykreowanej pani redaktor tej pozycji, do myślenia nie zmusiło. Raczej do kiwania głową, że owszem, że polejcie mu, że dobrze prawi. Że róbże Ty mi, Niekryty, bachorzątka i wychowuj je zgodnie z tym, co piszesz. Nie gniewaj się za dwóje, tłumacz o co chodzi w seksie i zbliżeniówką płać za rozwijanie każdej ich pasji. To by było super.

Tylko czy to nie ma wszystko zastosowania w klasie średniej i u bogatych, a niżej już jakoś ta książka zgrzyta? No dobra, ale w jakim patologicznym domu, gdzie ta pozycja autentycznie by się przydała, dzieciak dostanie książkę z napisem „nieocenzurowane” na okładce i stronnicami upstrzonym QR codes? Jaka jest w ogóle szansa, że taki nastolatek jeden z drugim, w ogóle uzna Niekrytego Krytyka za autorytet i przyjaciela broni, co to przyjmuje ten sam front, skoro internet to on widział tylko w pracowni komputerowej swojej szkoły (jeśli jest!), a kiedy nauczyciel nie patrzył przez ramię to raczej sprawdzał Pudelka i strony porno, a nie YouTube’a? Poniosło mnie. Nikt nie obiecywał, że będzie po równo.

Zmieniając wątek, książki nie da się czytać, nie mając w głowie głosu Macieja. Powinni o tym zrobić meme – okładka książki z wielkim napisem „NOW YOU ARE READING IT IN MY VOICE„.

Tytułowych „zeznań”, a może raczej „wyznań” na kartkach przewinie się niewiele, praktycznie ostatnim rzutem na taśmę wrzucono całą litanię (zabawną, a jakże) do rozdziału dziewiątego (przedostatniego). Niekryty ma SIOSTRĘ-POETKĘ?! Motyle noga, nic się nie chwalił. Albo ja coś przespałam. Ale tytuł nietrafiony zdziebko.

Tak czy siak, książka bardzo mi się podobała, jak siostrzenica odrobinę podrośnie (teraz ma 8 lat) to też jej to wcisnę. I moim uczniom polecę. I kolegom nauczycielom po fachu. Ale rodzicom przemilczę, i tak by nie zrozumieli.

Gdybym była Miłoszem z Review Territory zrobiłabym teraz klasyczne „SiedemNaDziesięć” (przeciętny geek woli tę pozycję niż „SześćNaDziewięć”):

Bo byłam gdzieś indziej. Brałam udział (wraz z Miro, Krzysztofem i Witią) w Mediation Biennale jako wolontariusz. Używałam wszystkich języków, jakie znam – nawet tych, które znam bardzo kiepsko, oprowadzałam artystów z Europy, Azji i, wyjątkowo, USA po Poznaniu, poznawałam ich wizje i pomagałam przy montowaniu ich prac i performance’ów. Potem zaczęłam chodzić do pracy, obroniłam pracę licencjacką i byłam na urodzinach Zośki.

Chciałam wam opisać te prace, powiedzieć, jak szczęśliwi byli artyści, którzy widzieli ludzi wchodzących w głęboka interakcję z ich sztuką (ze mną i moją, 6letnią już przecież!, Zosią na czele), zaprosić, żebyście weszli w nie również albo opowiedzieć o tym, co można było usłyszeć o danej pracy tylko z ust artysty w jego osobie własnej. Ale nie.

Bo zobaczyłam coś znacznie piękniejszego niż balony doskonale udające bogów, śpiewające fotografie, próbki krwi i skóry artystów pod mikroskopem czy wieżę z łóżek pod samo niebo. Miałam dwie szczupłe, silne ręce do pomocy, a do nich doczepione uważne, zielonkawe oczy. I zgrabny tyłek, który potrafił spiąć poślady gdy wymagała tego sytuacja. Lekko odstające uszka, żeby można było słuchać kakofonii próśb i poleceń, żeby mona było coś podgryźć między ustami a brzegiem pucharu z mrożoną kawą. Kark do wymasowania.

Krzysztof może i wchodząc pierwszy raz w progi CK Zamek był dziwolągiem o za długich kończynach i zbyt małej sile przebicia w porównaniu do zapału i pracowitości, ale… wyszedł stamtąd z zadziornym ogniku w oczach, którego chociaż nie spodziewałam się tak szybko, to jednak przeczuwałam go tamtego dnia, kiedy spytałam go na kanapie, blisko, bliżej, czy wymasować mu plecy. A kilka dni później oświadczyłam, że ma jeden poważny problem. Mnie.

Jaki teraz ma problem oprócz mnie? Jakie inne cienie budzą go w za małych, za twardych łóżkach? Chcę wiedzieć, że mężczyzna, który wita mnie po obronie bukietem kwiatów, każdego dnia rośnie w siłę.

A tu jeszcze mała pamiątka: Krzysztof, pani Alexandra Dementieva (artystka, z którą zbliżyliśmy się najbardziej, cudowna kobieta, zaskakująca artystka, wymarzona ciotka dla każdej rodziny :D) oraz ja – w dzień wyjazdu Alexandry, w jej hotelu. Ileśmy się ciastek najedli, żeby zagłuszyć smutki i smuteczki po jej wyjeździe…!

Koniecznie odwiedźcie [jej stronę] – tak, na głównej w tej chwili jedno z moich zdjęć Alexandry spod Zamku, póki nie przemieści się gdzieś dalej na trochę dłużej, pewnie będzie tam wisieć. Haha.

Heh.

Posted: 20 sierpnia, 2010 in Obrazowo, Tfurczość, wstążki i sznurki, Wyszperane

nikisaku przeglądał stare zdjęcia i postnął na swojej zupie… wydaje się, że to całe wieki temu.

Wojnom towarzyszy na ogół terror wobec ludności cywilnej, na przykład w postaci gwałtów na kobietach. Skąd się bierze nasze okrucieństwo?

Po pierwsze, seks jest po prostu bardzo atrakcyjny dla mężczyzn, nawet ten odbywający się pod przymusem. Po drugie, co jest oczywiście działaniem nieuświadomionym, gwałt zwiększa szanse reprodukcyjne – to kolejna okazja do powielenia swoich genów. Dlatego pewnie w społecznościach łowiecko-zbierackich powszechne jest porywanie kobiet i traktowanie ich jako niewolnice seksualne. Inne wyjaśnienie tego zjawiska byłoby takie, że zaangażowanie w wojnę oznacza wyłączenie hamulców – zarówno tych biologicznych, jak i kulturowych. Dotyczy to również zachowań seksualnych.

Prof. David Livingstone Smith – wywiad [kliknij!]

Jak ktoś lubi czytać coś ciekawego – to na bieżąco [na moim plurku] jest często masa rzeczy.  I czasem coś [na twitterze] japonistycznego się znajdzie. A Ty co w tej chwili czytasz ciekawego na sieci?

Pragnę oznajmić, że zaczynam się realizować w blogu niszowym, który ochrzczono Kantan da! (z japońskiego: To proste!) Udajcie sie na mała wycieczkę i powiedźcie co wam leży na sercu. Z góry dzięki!

czyli

…nie wszystkie słowa złe…

Zaczęło się niewinnie, od tego jak Tomashi-kun u mnie na zajęciach popełnił jakiś upierdliwy błąd, a ja wykrzyknęłam :
– NIENAWIDZĘ CIĘ! – zakrywając twarz dłonią.
– A JA CI PŁACĘ >:]]! MWAHAHA! – wykrzyknął z triumfem.

Potem było tylko zabawniej, kiedy jadąc z jednego wykładu na drugi znajomej wysmyknęło się pompatyczne:
– Potrzebujesz księdza? Niepotrzebnie! Wyznaj mi swoje grzechy, córko, a ja Cię rozbawię!

Poza tym przyjechał Bary na Wielką Improwizację, która może nie owocowała w jakieś obfite skutki, ale odniosłam wrażenie, że bardzo poprawiła mu humor.

Był między innymi tak porywających dialogów jak ten między Yuki-sensei a jeszcze inną znajomą z tamtej akurat grupy:
– 冬休みはどうでしたか。
ー 何もしませんでした。 うちで休みました。
ー あ! 「お母さん!お茶!」 と 「お母さん!飲んだ!」 XD

No i w końcu hit tygodnia, jedyny zespół muzyczny na świecie, który odpowiada wszystkim moim gustom i guścikom. Panie i panowie, Warui Kotoba.

małe ziarenka, które rozsypują się wszędzie, kiedy rozpościeram nad łóżkiem prześcieradło
coś, co nagle kojarzy się z tą półką, na której stoją w torebkach herbaty
wątła nić od wanny do kranu
kwiat oddechu co wykwitł na chwilę na szybie
najpyszniejsza przyprawa w potrawach w świrniętej meksykańskiej kuchni
opar potu
mój firmowy zapach z najlepszej perfumerii

wdycham
wyczuwam pismo nosem