Archive for the ‘Ksiązkowo’ Category

Perwersja w skali szarości

Posted: Grudzień 9, 2013 in Ksiązkowo

czyli wcale-nie-krótko o książkach „Chuć” i „Socjologia seksualności. Marginesy”

Nie do końca wiem, czy więcej te książki łączy czy dzieli. Obie są o seksie, obie o seksie wstrętnym środowiskom konserwatywnym. Obie bronią prawa do nienormatywnego seksu i zadają dręczące pytanie o to, czym norma jest lub być powinna. Autorzy obu książek (pominę tu redaktor Wanat) siedzą w Warszawie na UW i wykładają tematykę seksalności kolejnym już pokoleniom studentów. Obaj zresztą w przestrzeni publicznej kojarzeni są z tą tematyką, pojawiają się w mediach jako specjaliści i powoli wypierają z niej takich ludzi jak prof. Lew-Starowicz. Mimo to, „Chuć” to książka na nocny stolik, a „Marginesy” – na barykady.

chuć_marginesy

Andrzej Depko i Ewa Wanat, autorzy „Chuci”, są duetem niemal już nierozdzielnym. W TOK FM, Radiowej Jedynce, a obecnie w RDC prowadzą razem od 6 już lat wieczorne audycje gdzie Polacy piszą, dzwonią, a czasem ponoć zaczepiają na ulicy, byleby się wypowiedzieć. Słuchałam wielu z tych audycji, chociaż czasem z archiwów. Ona uprawia odważne dziennikarstwo, on ma radiowy głos gawędziarza erotomana. Oboje z wysoką kulturą osobistą, profesjonalni i chociaż bywają sarkastyczni – to bardzo na miejscu. Boję się powiedzieć, że z misją.

Inaczej się tego nie da nazwać. Oni „niosą oświaty kaganek” do polskich sypialni. Również w tej książce usiądą do rozmowy i spiszą, tym razem bez udziału słuchaczy, rozmowy o perwersji, ale nie dewiacji. Posługując się motywem „zjazdu z autostrady” przypominają wszystkim, że boczne uliczki, część offsteamu, nie są gorsze czy lepsze – są przydatne.

Technicznie „Chuć” jest wydana na poziomie zupełnie przeciętnym: okładka ładna, typografia może być, lekko żółtawy papier jeszcze żółknie z czasem, korektorów było aż dwóch, więc tekst jest odpicowany jak należy. Merytorycznie usłyszymy to samo, co w radiu: 20% Polaków ma uświadomione zachowania fetyszyzujące lub perwersyjne, to jest fajne, to jest w porządku, nie musicie czuć z tego powodu winy, bawcie się, eksperymentujcie, jeśli wszystkie normy są zachowane to wasza fizyczność jest wasza i nic nikomu do tego. Dla zapominalskich przypominam jakich norm się dorobiliśmy; są normy prawne (penalizująe w różnych krajach różnye rzeczy np. zoofilię, pedofilię, gwałt, ekshibicjonizm, a czasem nawet kontakty homoseksualne czy zdradę małżeńską), szerzej rozumiane normy społeczne, w tym religijne (stosunek do wierności, masturbacji, prostytucji, antykoncepcji itd.), normy obyczajowe (regulują w procesie wychowania np. stosunek do nagości, uwodzenia, wierności, właściwości zachowań w stosunkach międzyludzkich, także pre- i postkoitalnych) oraz normy medyczne (kiedyś np. uznawano onanizm i homoseksualizm za choroby, obecnie na tej pozycji mamy takie zboczenia jak nekrofilia czy pedofilia). Norma medyczna posługuje się też 3 kategoriami, poza których obrębem znajduje się już patologia, tzn. norma optymalna (afirmowana przez jednostkę i społeczeństwo np. prokreacyjny seks heteronormatywny), norma akceptowalna (norma którą afirmują osoby pozostające w związku, ale niekoniecznie społeczeństwo np. przemałżeński seks analny) i norma tolerowana (zachowania, które nie są szkodliwe społeczne, ale ograniczają nam dobór partnera np. homoseksualizm, wielbiciele swingowania czy fistingu). To jest jakby oczywiste, że wzajemnie normy te mogą się wykluczać: w naszym kraju norma religijna nie zezwala na bycie LGBTQ, ale norma medyczna czy prawna tak – norma zaś obyczajowa czy społeczna zezwala na to w różnym stopniu („nie powinni się z tym afiszować”, „tak długo jak nie mają kontaktu z dziećmi”). Andrzej Depko słusznie przez całą książkę argumentuje na rzecz przykładania do zachowań seksualnych normy medycznej i prawnej, które razem w skrócie mówią o tym, że wszystko co nie uprzedmiotawia i nie krzywdzi naszego partnera i wymaga jego/jej obecności (osiąganie orgazmu tylko i wyłącznie przez kontakt z fetyszem nie mieści się w normie medycznej) – jest w normie i wszystkim życzymy miłej zabawy.

Mam jednak żal o układ tej książki. Początkowe 3/4 „Chuci” to radosne rozmowy Wanat z Depko, którzy metodycznie i zachęcająco rozprawiają o urokach parafilii i urozmaiconego seksu. To jest taka lekka, pokrzepiająca lektura, jak pisałam wyżej, do poduszki. Prawdopodobnie w każdym, kto choć raz chciał być związany w sypialni przez swojego partnera albo poczuł podniecenie na widok pielęgniarki ze strzykawką odezwało się odczucie ulgi i samozadowolenia. Tyle, że publikacja ta kończy się masakrycznie – bo czterema wywiadami z osobami żyjącymi z jakimś rodzajem parafilii. Pomimo ich optymistycznych tytułów („o spełnieniu w prafilii” czy o „afirmacji parafilii”) wyszło mocno koślawo. Osoby przepytywane (a znam pewne ich inne publikacje, o innym wydźwięku) brzmią mało przekonująco. Są samotne, rozbite, a śmieją się trochę przez łzy, z uporem, na złość. Jeśli znalazły to, czego szukały, to raczej przelotnie, z dużym trudem i najczęściej poza granicami naszego cudownego kraju. To nie jest optymistyczny akcent na zakończenie, przewraca treść całej publikacji do góry dnem, rozczarowuje i lepiej by zadziałał rozwadniając optymizm pomiędzy rozdziałami albo w ogóle z książki wyrzucony. Doceniam, że oddano głos samym zainteresowanym, ale chyba oddano im niedźwiedzią przysługę pozwalając się wypowiedzieć o problemach, dla których niekoniecznie ktokolwiek z rozmawiających mógł zaproponować dobre rozwiązanie.

Przeskoczmy zatem do kogoś, kto się nie mieści w normie – Jacek Kochanowski, autor publikacji „Socjologia seksualności. Marginesy.”, jest działaczem LGBTQ, wykładowcą atakowanych z prawa (rzadziej z lewa) gender studies i otwartym gejem. Wykłada na UJ i UW, bywał też na innych uczelniach w Krakowie, Łodzi czy Warszawie. Człowiek, który wszedł z metodologią socjologiczną do (dosłownie) najciemniejszych miejsc poza heteronormatywnościa – badał swingersów, przemierzał darkroomy, wysłuchiwał BDSMowców. Zakochałam się w nim kiedy obejrzałam jedną z debat telewizyjnych między nim a Terlikowskim. Muszę przyznać, że Terlikowski budzi we mnie jednak jakiś agresor i brak szacunku – Kochanowski spokojnie, już w pierwszych wypowiedziach oświadczył coś w stylu „Nie będę wchodził w pana dyskurs w języku nienawiści.” i zachował rzeczowość argumentu i opanowanie do końca rozmowy. Pełna podziwu próbowałam od tamtego momentu tak samo.

Kochanowski zabrał się do tematu inaczej niż Depko i bardziej radykalnie. „Marginesy.” to książka spod igły, mocna, smukła, minimalistycznie okraszona motywem pawia na okładce. Ale chociaż „Chuć” przewyższa ją rozmiarami, to ta jasna i czysta publikacja jest prawdziwą cegłą w dłoni. Można z tym przeskoczyć płot i poczuć się bojówkarzem.

Do tej książki mam tylko żal o postmodernę. Postmoderna pełna jest głębot (ang. deepity, termin ukuty przez córkę J. Weizenbauma, rozpropagowane przez D. Dennetta, w polskim dzięki inwencji twórczej M. Koraszewskiej) czyli wyrażeń pozornie prawdziwych i ważnych, ale tylko przez ich niejednoznaczność. Miejsce głębot jest w literaturze, nie w nauce. W literaturze bowiem jest miejsce na dywergencyjne interpretacje, domysły i niedpowiedzenia. Od nauki oczekujemy natomiast jasnych odpowiedzi, nawet jeśli w naukach humanistycznych bywają one nacechowane ideologią – to zresztą normalne, nie da się mówić o psychologii, socjologii, antropologii, filozofii czy językoznawstwie etc. bez pewnego zabarwienia ideologicznego, które utożsamiałabym tu po prostu z jednostkowym, komunikowalnym światopoglądem. Nauki humanistyzne są kwintesencją relatywizmu i konstrukcjonizmu socjologicznego (stąd dla mnie teologia nie jest nauką, ale metatworem – nie można badać czegoś, czego istnienia nie tylko nie potrafimy [wide: teoria strun w fizyce], ale nie chcemy udowodnić). Jako takie powstały i są po prostu wtórne do wykształcenia się w naszym gatunku wysoko rozwiniętej samoświadomości. Kiedy więc Kochanowski pisze (str. 202, przypis), że nie chce nadpisywać Artauda, ale że z nim współodczuwa i interpretuje, to owszem, poruszamy się po terench teatrologii, ale też wychodzimy poza opis naukowy.

Poza tym ta książka jest jak cegła – stanowi poważną broń – i jak skalpel – tnie dokładnie. Gdyby Kochanowski był neurochirurgiem, ten tekst byłby operacją głośną na skalę krajową. Gdy Depko pisał o tym, jakie mamy normy, Kochanowski pokazał jak te normy (szczególnie społeczne i prawne, o medycznych właściwie nie napomyka) strukturalizują świat wokół nas – na centrum i tytułowe marginesy. Wprowadzają dychotomię, którą ja wizualizowałam sobie raczej w formie nie płaskiego koła, lecz trójwymiarowego stożka – centrum jest wyżej, a kto się tam znajdzie, ma ułatwione spychanie innych na niżej znajdujące się obrzeża. Droga w dół jest śliska.

Zadaje też kluczowe pytania kto, jak i po co te normy ustala. Jest rzeczowy i bezlitosny w ukazywaniu słabości takiego, a nie innego obecnie panującego układu społecznego. W układzie tym seks, jego forma, otoczka, sposób uprawniania, to nie tylko przyjemność i biologiczna konieczność, to sposób na zachowanie świadomości opozycyjnej, „zdawania sobie sprawy, że nasze zachowania seksualne mogą albo wspierać, albo osłabiać istniejący system władzy” (str. 32). To jest nadpisane dopoduszkowej „Chuci” o ważny społeczny kontekst, o wyjście poza to, że jeśli robię się mokra z podniecenia albo mam w domu wibrator, to nie muszę się wstydzić przed sobą – to budowanie świadomości, że jeśli podnieca mnie lesbijskie porno, to mam do niego pełne prawo i żadna regulacja prawna czy społeczna nie będzie mi z buciorami wchodziła w życie, bo będę się stawiać.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ze względu na medialność i pewną cukierkowatość, to książka Depko i Wanat znajdowała się na listach bestsellerów np. sieci Empik. Nie potępiam tego, ale w dobie wynoszenia młodych ludzi na paralizatorach z sal wykładowych, bo nie zgadzają się na mnożenie bzdur o przyczynianiu się gender studies do rozpadu rodzin (kiedyś mieliśmy rodziny wielodzietne, potem atomowe, idziemy ku patchworkowym – to jest SPOŁECZNA ZMIANA jak przejście z politeizmu do monoteizmu – gender to bada, a nie jest tego źródłem) czy szerzenia się HIV/AIDS, co głosi się w murach szanowanej uczelni… w takich czasach wolałabym, żeby więcej ludzi przeczytało „Socjologię seksualności”. Może ktoś by w końcu zrozumiał, że biologia i konstrukty społeczne w świecie Homo sapiens przenikają się i wpływają na siebie wzajemnie (random fact: pieniądz jest konstruktem społecznym. Grubość portfela mężczyzny pozytywnie koreluje z jakością orgazmu jego partnerki. Tadaa!) – skoro manipulowanie biologią jest trudne i niejednokrotnie bioetycznie wątpliwe, spróbujmy pomanipulować tą łatwiejszą częścią równania. Może dzięki temu wszystkim będzie żyło się lepiej, a stożek z mojej wyobraźni spłaszczy się do ogromnego koła, w którym wszyscy będziemy równi..?

  • „Chuć (czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksie)” Ewa Wanat, Andrzej Depko, Wielka Litera, Warszawa 2012
  • „Socjologia seksualności. Marginesy.” Jacek Kochanowski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2013

 

Cały twitter wiedział, że ma być śnieżyca. Że Xawery, że będzie szklanka na ulicach. Ale drogowcy to grupa osób wiecznie zaskoczonych. To jest po prostu kolokacja. Więc na podjeździe kierowca zaciąga ręczny i modli się, żeby nie zjechać po oblodzonej drodze. Wywala nas kulturalnie na zbity pysk, na wicher i mróz. Obliczam czy bliżej mi do domu czy do A. Do A. Szalik na nos naciągam, poprawiam rękawiczki i idę.

Kilka ładnych skrzyżowań później: Cyklofrenik i Asperger. Mam zeza rozbieżnego. Przez chwilę łapię każdy gest. Dokonuję prezentacji, ale oboje są za bardzo sobą, żeby podjąć pałeczkę. Jeden gada jak katarynka, drugi wycofuje się w ściśnięte wargi. Jeden ma to mikroszurnięcie nogą. Drugi poprawia zgryz szczęki, bo wie już, że jest zbyt kurczowy.
– Co ze szkołą? Dlaczego nie przychodzisz? – pyta Cyklofrenik w przelotnej trosce. Odpowiadam. On: – Acha, ja wysądziłem się o alimenty od ojca, o alimenty od matki i jeszcze socjalne pobieram z Uniwerka.
Tak bez spiny to mówi, przy obcym mu Aspergerze, który odwraca wzrok, to wszystko go nie dotyczy i nie interesuje. Tamten też pomija jego istnienie próbując zafiksować rozbiegane oczy na mojej twarzy. Włosy mu odrastają nierówno.
Wsiada w autobus, odjeżdża.

Za dużo wina.
Milczenie z gatunku tych niezręcznych, ciężkich, pełnych napięcia.

W domu ta decyzja, że pewne numery telefonów trzeba zablokować. Zabieram się do tego, ale przecinam tylko jedną nitkę łączącą mnie poszarpanym nerwem ze Szczecinem. Ile można? Książe potem napisze, że trzeba tylko doczekać końca tego roku, że potem się odmienia. Zakopuję się pod górą książek. Przypominam sobie lata kiedy byłam młodsza, wtedy Książe dzwonił zawsze w Sylwestra, ale bardzo wcześnie, koło 18, 19 – zanim poszedł pić cokolwiek. Miał taki uroczy zwyczaj, że wyłączał komórkę kiedy tylko wchodził na imprezę. Po pijaku nikt nie miał prawa go słyszeć. On nie chciał słyszeć nikogo.

Kończę „Maestro” Kąckiego. Każda strona jest jak wiadro pomyj i naprawdę mi niedobrze. Po „Jutro przypłynie królowa” też poszłam najpierw spędzić dwie godziny w wannie dolewając sobie co jakiś czas gorącej wody. Dwie takie książki w ciągu jednego roku? Co dzieje się w kulturze, że tekst potrafi tak upodlić? Nie czułam się tak źle czytając Wojaczka z jego najgorszymi spermami kapiącymi spomiędzy nóg. Przy Kapuścińskim mi tak żółć nie podchodziła do gardła. Zakazane książki markiza de Sade nie były w najmniejszym razie tak obrzydliwe. Co więc w gardle każe krzyczeć przez okno..?

opowiesciMoja miłość do poza-azjatyckich komiksów wzmacnia się z wiekiem, chociaż nie jestem do końca pewna, czy najnowsze dzieło Shauna Tana na naszym rynku to komiks, nawet jeśli wydało ją komiksowe wydawnictwo, Kultura Gniewu. To raczej ilustrowana nowela dla dzieci w każdym wieku, bo inaczej tego nazwać nie można.

Zanim ta pozycja trafiła do moich rąk, minęło trochę czasu. Nie znam się na rynku wydawniczym ogólnoświatowego komiksu, o tym, że Tan jest tak wszechstronnie nagradzany, że dostał nawet Oskara, dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu „Opowieści z najdalszych przedmieść” – nie przypominam sobie, żebym wcześniej czytała ilustrowane przez niego książki albo widziała jego animacje. Ale po zobaczeniu przykładowych plansz, zakochałam się. Premiera tego cacuszka miała miejsce 5 lat temu w Australii, a kilka tygodni temu w Polsce. Zamówiłam jeszcze w przedpremierze i potem długo robiłam panom z PictureBook pod górkę, bo postanowiłam odebrać ją w wydawnictwie właśnie wtedy, kiedy pracowali nad Ligaturą (festiwal komiksowy) w Poznaniu. Mimo to, byli olśniewająco cierpliwi, ciągle w kontakcie pod telefonem i na mailu. Chwała im za to (szczególnie ciepłe pozdrowienia dla pana Michała Słomki; pan rządzi, po prostu).

W PictureBook (część Fundacji Tranzyt, tak jak wydawnictwo Centrala), dodatkowo zawsze włożą ci coś przyjemnego w paczkę i frajda jest sto razy większa, bo nigdy nie wiesz co. Firma jest stąd, z Poznania, i czego się nie tkną to dla mnie majstersztyk, nawet po podziale na sklep i wydawnictwo. Musicie więc przeczytać „Goliata”, „Dzieci i ludzi” czy „Polish Female Comics: double portrait”. Ale wróćmy do Kultury Gniewu i ich „Opowieści”.

To jest koronkowa robota. Bardzo staranne tłumaczenie, typograficznie prześliczne i w rozdziałach takich jak „Deszcz w oddali” lub „Zrób sobie zwierzaka” po prostu zwala z nóg ilością dłubaniny, która musiała mieć miejsce. Twarda oprawa, cudowna jakość koloru druku i to wszystko na papierze, jeśli ktoś się zna, Arctic the volume – przyjemnie twardym, lekko szorstkim i długo utrzymującym wątłą woń drukarni. Wszystko porządnie zszyte, bez jednego błędu drukarskiego czy literówki (nawet w mikroskopijnych napisach w tle obrazków!). Edytorskie cacuszko, ot.

Treściowo? Wszystko za czym tęskni wasze zbłąkane w wielkim mieście dziecięce serduszko. Możecie zarabiać 3000 PLN na rękę i mieć fajnego smartfona, ale zechcecie sobie przypomnieć wyprawę na koniec mapy ze starszym bratem i pomyślicie o tym, czy aby nie przydałby się wam w okolicy diugoń albo wodny bawół. Wszystkie krótkie (czasem ledwie dwustronnicowe) opowieści kuszą magicznym realizmem i zdają się czaić tuż za rogiem. Chociaż nieprawdopodobne, są też głęboko prawdziwe i chwytają za gardło, sprawią, że każdą jedną zapamiętacie i być może przekażecie kolejnemu pokoleniu. Ciężko by mi było wytypować ulubieńca, ale chyba pokuszę się o oddanie głosu na „Eryka„. Tytułowy Eryk jest studentem z wymiany i różnice kulturowe (oraz maleńki rozmiar, przeciętnego liścia, ale to szczegół) sprawią, że przyjaźń rodząca się między nim, a przyjmującą go rodziną będzie szalenie specyficzna. Zanim opowiadanie dobiegnie końca, wyciśnie wam „woow…” na głębokim, powolnym wydechu w eter.

Dodatkowym smaczkiem jest to, że każda opowieść jest ilustrowana w zupełnie innym stylu: japońskiego drzeworytu, ciepłego malarstwa Sardynii czy kolażu. Ogromny kunszt Tana wycieka z każdej strony, żadna ilustracja nie jest potraktowana po macoszemu, wszystko w tej książce zachwyca.

Chciałabym powiedzieć, że coś jest nie tak, opisać jakieś wady, ale po prostu byłoby to świństwo – niczego takiego w „Opowieściach z najdalszych przedmieść” dopatrzeć się nie sposób. Jeśli kiedykolwiek na moim osiedlu zawita święto bez nazwy (rozdz. 9), to właśnie tę książkę będę musiała oddać…

renifer

Nie całym rokiem złym…

Posted: Styczeń 21, 2013 in Ksiązkowo, Rant

Osoby trzeźwo myślące mają taką przewagę nad całą resztą, że dla nich nową kartą nie jest każdy pierwszy stycznia, ale każdy poniedziałek. Siadają nad rozkładówką całego tygodnia, brzmi to sexy – rozkładówka tygodnia, na nowo rozrysowują wszystko, lepiej, czasem mniej, czasem bardziej dokładnie.

Tylko jedno drażni, że książki napływają do pokoju szybciej niż ja je czytam.

Ku pamięci – 8mą książką, którą skończyłam w tym roku była „Odrodzona” czyli dzienniki Susan Sontag. Kilka stosownych cytatów (W tym „znieważyła mnie seksem” i „umysł to kurwa”) wrzuciłam na zupę. Osobiście polecam, nawet jeśli Susan myła włosy tylko raz na 10 dni i bardzo próbowała być heteronormatywna, z marnym skutkiem – takie były czasy. Prawdopodobnie, oprócz tego, że myję włosy co drugi dzień generalnie, za dużo się od niej nie różnię. Stąd sympatia do dzieła.

Jestem też w trakcie takich pozycji jak:
– „Fotografioły” Krzysztofa Szymoniaka – znam autora osobiście, naprawdę niesamowity facet, chociaż wolę jak ma ten błysk szelmoski w oku niż jak udaje poczciwca. Książka to nie arcydzieło, ale, co jest jej zaletą, czuję się jakbym rozmawiała nad kawą z Krzysztofem osobiście. To taka naprawdę jego książka, on tak myśli i tak czuje. Skandaliczne są w niej tylko definicje z wikipedii w przypisach. Jak tak można?!
– „50 teorii genetyki, które powinieneś znać” Mark Henderson – cała seria „50 teorii…”, a przynajmniej te części, które sama czytałam są naprawdę rzetelnie opracowane jak na książki popularnonaukowe. Bardzo dużo uzupełniających „ramek”, czytelne schematy, kilka pasujących wypowiedzi z ust autorów badań. Wszystko ładnie się układa i nie demonizuje (np. GMO czy klonowania) ani nie spekuluje hurraoptymistycznie o tym, jak to za 5 lat wszyscy będziemy korzystać ze zdobyczy farmakogenomiki. Dla racjonalistów polecana lektura.
– „Moab is my washpot” Stephen Fry – niestety chyba jedyna w tej chwili lektura in progress nie po polsku, w dodatku trochę „on hold”, bo mam ważniejsze lektury do przeczytania. Fry jak zwykle zabawny, tym razem opowiada z ikrą o swoim życiu.
– „Duchowny niepokorny” Witold Bereś, Krzysztof Burnetko feat. o. Stanisław Musiał – wywiad rzeka z księdzem Musiałem nie znalazłby się w moich lekturach gdyby nie to, że wepchnął mi je… Adrian. Wbrew wszystkiemu, nawet my, ateiści, doceniamy wybitne figury w koloratkach, a ten pan się łapie poniekąd. Dużo o Żydach się w tej książce mówi (dobrze i źle, bo z różnych ujęć i w różnych krajach z różnymi prądami politycznymi w tle), więc jak ktoś chce zgłębić temat syjonistów, antysemityzmu itd., to znajdzie ciekawy wgląd w sprawę właśnie w tej pozycji.
– „Geografia myślenia” Richard E. Nisbett – Włodek mi pożyczył, cholernie kreatywne i inspirujące, chociaż miejscami naciągane. Autor ma poważny problem, bo chce nakreślić bardzo ogólne prądy i schematy myślenia USA vs Daleki Wschód głównie i co chwila musi przystawać, żeby powiedzieć „takie są badania, na takiej to a takiej próbie, to się oczywiście nie tyczy wszystkich Chińczyków/Japończyków/Koreańczyków/Amerykan/wstaw inną nację”. Trochę to przez to niepoważne, ale też odważne miejscami. Jeśli ktoś jest przekonany o tym, że inne kultury są albo tak egzotyczne, że nie do ogarnięcia albo takie same jak nasza, ale różni się wyłącznie w małych szczególikach, być może ta książka to dobry wybór.
– „Personalizacja tematyki na lekcji języka obcego” Małgorzata Bielicka – obiecałam to sobie przeczytać, ale utknęłam gdzieś na początku (po 2gim rozdz.). Jeśli praca jest tak klarownie zorganizowana jak to zapowieda początek, to podziwiam (to jest bodaj doktorancka praca autorki) zdolność i planowania, i ograniczenia się do tego co konieczne oraz niezbędne.
– „WebShows – sekrety wideo w internecie” Krzysztof Gonciarz – na fali innych książek blogerów i v-logerów czytam i to. Powiem tylko, że wolę to, jak Beczka pisze niż to, jak się kreuje na YT, gdzie popada w coraz większą pozę momentami (jakoś bardziej lubię jego wstawki z post-montażu, z widokiem kawałka ściany za plecami, w słuchawkach na głowie…). Koleś (pozwalam sobie na to, bo jest osobą publiczną ledwie dwa lata ode mnie starszą) ma niezły łeb, wie co robi, ale to postępująca pauperyzacja jest. Książka natomiast jest szalenie profesjonalna, zawiera wypowiedzi creme de la creme youtube’a i jest materiałem, so far, kompletnym.
– „Dziennik 1954” Leopold Tyrmand – och kurczę, tak, mam fazę na dzienniki ostatnio, owszem. I wywiady rzeki, tak. Tyrmand jest jednym z tych autorów, któremu chce się zajrzeć do kuchni i do łóżka. Był. Jest. Wiecie o co chodzi. I to chyba jest najlepszą stroną tego dziennika – bezkompromisowe absolutnie opisy postaci, które spotyka on na swej drodze. Pisze wszystko, tak jak to widzi, zupełnie szczerze. A jego relacje z Krystyną, są po prostu warte kilku takich tomiszcz. Że Tyrmand stylówę miał nienaganną, chociaż politycznie trochę dziwnie zorientowaną, to się Krystynie nie dziwię.

Tak, mam jednocześnie rozpoczętych 8 książek i do tego kilka artykułów naukowych, popularnonaukowych lub po prostu publicystycznych, w tym e-booki, a i owszem.

Ale czasem fajnie zrobić taką stopklatkę, z tego co jest na wokandzie. Biorąc pod uwagę, że liczba pozycji „oczekujących” sięgnęła już chyba siedemdziesiątki (tylko tych papierowych!), to koi nerwy. A o kojenie nerwów tu czasem przecież chodzi. Chyba, że nie, że jest bowryjowy nastrój, po świetlikowskiemu nieprzysiadalny, wtedy nie.

Póki co macie jeszcze w bonusie świetny kawałek (nucę jak mantrę złymi wieczorami) Amandy Palmer:

„Bloger” Tomek Tomczyk

Posted: Grudzień 27, 2012 in Ksiązkowo, Rant
bloger W tym roku przeczytałam 96 książek. Ta była jedną z najlepszych.

Blogować zaczęłam w zamierzchłych czasach, kiedy blog.pl nie należał nawet do onetu, mając lat bodaj 13. Oczywiście, pisałam wtedy teksty o pierwszych miłościach, śmierci i literaturze (ACH, pierwsze podejście do Bułhakowa w podstawówce! OCH, odkrycie Świetlickiego w gimnazjum!). Takie jak poniższy fragment:

„Tak cholernie boli. I cieszę się z tego. Skoro boli to znaczy, że kochałam, prawda?
Tylko, że to już 4 miesiące, a ja niby jestem pozbierana, ale po kątach pokoju mojej duszy jeszcze jakieś porozrzucane ciuchy przeszłości się walają. I wszystkie z jedną metką. Pieprzyć taką miłość.” (wiosna 2003)

Wtedy internet był małym miejscem – przez tego bloga nawiązałam kilka znajomości i szlifowałam warsztat. Wydawca mojej pierwszej książki jednak poprosił, bym blog usunęła, bo było w nim sporo niezedytowanych tekstów z wydanej niedługo potem „Choroby Szalonych Słów„. Tak z prywatnym blogowaniem przeniosłam się na Bowryj – chociaż wtedy jeszcze na własnej domenie bow.ryj.pl. Od tego czasu założyłam i zamknęłam jeszcze parę blogów językowych (wszystkie na wordpressie lub na silniku wordpressa pod własną domeną).

Z roku na rok dojrzewam do myśli o prowadzeniu bloga profesjonalnego, skrzętnie planuję posunięcia, szukam pomysłu na siebie. To chyba już niedługo. Dzięki tej książce.

„Bloger”, tak między nami, to książka nie tylko dla blogerów. Jest taka jak Kominek i jego obecne blogi, lifestylowa. Jeśli masz cokolwiek wspólnego z kreatywnością w swojej pracy, to ta książka jest dla Ciebie. Pomaga znaleźć własny głos, przypomnieć sobie trochę tego wewnętrznego dzieciaka, który obiecywał wszystkim naokoło, że poleci na Księżyc albo będzie prezydentem. I zrobić coś w tym kierunku.

Zanim w ogóle zaczęłam ją czytać, już miałam o niej kilka anegdot. Powstała w „wysypie” książek autorów z polskiej blogosfery (Maciej „Niekryty Krytyk” Frączak skrobnął „Zeznania…”, Krzysztof „Beczka” Gonciarz machnął kolejną książkę – „WebShows”, Paweł Tkaczyk wydał „Grywalizację”… – a to tylko te, które mam w zasięgu wzroku na półce obok) i po prostu musiałam ją mieć. Zawsze uwielbiałam uczyć się od inspirujących ludzi, a przecież nie będę dzwonić czy pisać do każdej barwnej osobistości na internecie, mają znacznie ważniejsze sprawy ode mnie. Sama wiem, ile czasu kosztuje blogowanie, a jak się jeszcze vloguje i ogarnia social networks, to trzeba to robić na pełen etat. Dodatkowo w tym semestrze wpadłam na fakultet Filozofia Cyberkultury w Pracowni Pytań Granicznych UAM – tam to dopiero przerzucaliśmy się takimi książkami i memami. Zamówiłam więc kopię papierową.

Z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że dostanę też e-book. Z marszu, przy zamówieniu. A kilka dni potem dostałam jeszcze maila, że mój e-book czeka na mnie pod tym linkiem. Trochę się zdziwiłam – z jednej strony bardzo mnie bawiło, że tak bardzo chcą mi sprzedać tę książkę, że pozwalają mi ją ściągnąć dwa razy (chwila… co?), a z drugiej zaczęłam się drapać w głowę, czy aby na pewno nie pochrzaniłam czegoś przy zamówieniu i nie kupiłam tylko wersji elektronicznej. Ale nie, wersja papierowa też dotarła. W środku minimalistyczna okładka, śliczna czcionka szeryfowa z dobrym rozstrzeleniem po stronie. Może to nie twarda oprawa, ale i tak przyjemne cacko.

Następnego dnia, kiedy książka leżała już na kupce „do przeczytania” (a właściwie na jednej z nich…) odwiedziła mnie siostra. Ją też graficznie zelektryzowała okładka. Odcyfrowuje małe słowa składające się na tytuł, popatruje na tył i…:
– Jeeezu… jakie ciacho. – słyszę jęk za plecami.
Pogratulowałam Tomkowi w myślach plebiscytu na zdjęcie na okładkę.
– Znasz go? – patrzy na mnie. Dzieciata mężatka.
– Nie. – szczerzę się do niej, setnie ubawiona – Kiedyś nikt nawet nie wiedział jak wygląda i jak ma na nazwisko, a miał tysiące czytelników.

Kiedyś. Ha, do tej pory mówią mu Tomasz Kominek. To się nazywa self-branding. Ty też możesz to zrobić. Możesz sam jeden. Ale po co uczyć się na własnych błędach, skoro możesz na cudzych? Tomek zadbał o wszystko, w tym o to, żeby nie pisać ex catedra o blogosferze, której sam jeden nie tworzy. W jego książce wypowiadają się też inni: od znanych szafiarek (blogerek modowych) i autorów blogów kulinarnych, po tych znanych z niszy lifestylowej, technologicznej lub opiniotwórczej. Co dość miłe, nie ma tam (albo ja coś przegapiłam) blogerów-dziennikarzy, którzy prowadzą blogi na zlecenie swoich stacji czy redakcji (o ile to w ogóle oni piszą!). Bo to są ludzie z zupełnej bajki – tu chodzi o pokazanie, że gwiazdą możesz zostać tu, w internecie, nie potrzebujesz zaistnieć najpierw w innych mediach. Do innych mediów możesz przeniknąć, od dołu, a właściwie coraz bardziej z boku – bowiem w świecie mass mediów coraz wyraźniej widać, że nie patrzy się na internet z dołu, lecz z poziomu równorzędnego partnera.

Tomek zadbał też, żeby sensownie ułożyć rozdziały – i już od pierwszych stron zaszczepić w Tobie poczucie, że „Bloger” przyda się Tobie nie tylko tu i teraz, ale też za parę lat. Kariery bowiem nie robi się w tydzień czy w miesiąc, to ciężki kawał chleba. Jeśli dziś założysz bloga, ostatnie rozdziały tej książki przydadzą się Tobie w 2014 roku albo później. Dobrze jednak wiedzieć, jak wysoko możesz ustawić sobie poprzeczkę i jak szybko możesz do niej doskoczyć. Dowiesz się więc wszystkiego począwszy od dbania o licujący z Twoim stylem layout, a skończywszy na tym jakie kruczki wywąchać w umowie z reklamodawcami.

Co mi się jeszcze podobało? Że to nie jest szablonowy poradnik marketingowy. Dobry bloger nie musi być specjalistą od pozycjonowania, niekoniecznie zna xHTML, nie musiał też sam postawić serwera w piwnicy. Chociaż nieobcy mu aparat, smartfon i tablet, chociaż jest „człowiekiem-kombajnem” – wie co może scedować na innych, na czym się skupić. A rasowy bloger skupia się na sobie. Jest pieprzonym egoistą i egocentrykiem. Wszystko kręci się wokół niego (lub niej) i tego, co kocha. A jeśli jest w tym chociaż trochę przekonujący, uparty jak osioł oraz pewien swego – stanie się okiem cyklonu.

Naprawdę musicie kupić tę książkę. No bo nie gadajcie, że nie chcecie być okiem cyklonu?

Macie jakiegoś przyjaciela czy znajomego, z którym chodzicie na kawę i jednocześnie jest on coachem? W dużych miastach to nie jest już specjalna rzadkość. Dlaczego pytam? Bo po przeczytaniu „Grywalizacji” czuję się jak kobieta zabrana poprzedniego dnia przez kolegę-coacha na kawę. To był komplement, dla niedomyślnych.

Zacznijmy od tego, dlaczego sięgnęłam po tę pozycję. Mianowicie, zagadnienie grywalizacji zainteresowało mnie jako lektorkę języków obcych – na Courseera jestem właśnie w trakcie kursu (chociaż poza sezonem :D) „Gamefication” u Kevina Werbacha. Książka Tkaczyka była pierwszym kompletnym opracowaniem na ten, i tylko ten, temat na polskim rynku. Wyjaśnię tu jeszcze o co całe halo – gamification to technika polegająca na wzmożeniu jednostkowej motywacji do wykonania danego zadania poprzed dodanie do niego specyficznych mechanizmów znanych z gier (np. punktów, leveli czy questów) w ustrukturyzowany sposób. Wybaczcie roboczą, własną definicję, ale myślę, że działa. Grywalizacja ze szkół i firm, gdzie tworzeniem takich systemów zajmują się szefowie, coache i nauczyciele (chociaż dziedzina ta wciąż jest w powijakach i bardziej są to eksperymenty i wcielone w życie intuicje niż działania ustrukturalizowane), przechodzi pod strzechy – pojedyncze jednostki same grywalizują sobie pewne czynności by chętniej się do nich zabrać. Chcesz biegać by zrzucić kilka kilogramów? Możesz odpalić na smartfonie aplikację, która sprawi, że będziesz uciekał przed zombie. Nie możesz napisać powieści swojego życia? Listopad to NaNoWriMo – możesz pościgać się z innymi i wykonać przy okazji epicki quest napisania 50000 słów swojej wymarzonej nowej książki. Szukasz drugiej połowy? Jest speeddating. Dobra, trochę naciągam już.

Do książki.
To nie typ naukowego opracowania, to typ gawędy. To wrażenie, że siedzisz obok autora i on mówi „…no i wiesz Mizuu, był też taki koleś Robert Cialdini, on był psychologiem i wpadł na coś takiego…”. Połyka się ją, bo jest świetna i lekka stylistycznie. Mimo to, dziękuję za kilka pustych stron dodanych na końcu, z przeznaczeniem na notatki – to było tak zajmujące i inspirujące, że czasem człowiek musiał chwycić za ołówek i coś skrobnąć.

Cały wywód poprowadzony jest bardzo starannie, przechodzi od poszczególnych elementów grywalizacji do całości konceptu. Osobisty plus i auto-przytulenie w ego ode mnie dla tej pozycji, bowiem kojarzyłam większość z przywołanych nazwisk, a czasem nawet czytałam oryginały tych artykułów i prac. Najważniejsze dla tekstu pojęcia pogrubiono lub dano kursywą. Łatwo trafić w szukane miejsce z powrotem, gdy jakiś koncept siedzi nam z tyłu głowy.

Najpoważniejszym jednak zarzutem dla tej książki jest, iż pomimo przywoływania dużej liczby przykładów, nie doprowadza czytelnika do praktycznych aspektów grywalizacji. Od rozdziałów IV-VI (kolejno: Grywalizacja w edukacji, Grywalizacja w miejscu pracy, Marka jako gra) spodziewałam się jednak trochę większych konkretów po teoretycznym wstępie do tematu. Może jestem leniwa, ale oczekuję od książki, że da mi odpowiedź na pewne pytania np. tyczące się Red Baloon Project. Okey, mistrzowsko wykorzystali social graph, wyznaczyli nagrody pieniężne – ale jak to się odbyło? Rozsyłali to mailem? Zapostowali na twitterze? Może na FB? Użyli prostego tekstowego zawiadomienia czy przygotowali wcześniej jakieś viral media typu filmik na YT? Ile osób właściwie brało w tym udział? Takie „hasłowe” podejście z jednej strony sprawiało, że,  jak mówiłam, czułam się jak na małym randez-vous z Tkaczykiem, który opowiadał o jakiś konceptach, wybierając najważniejsze szczegóły, a z drugiej, nie czułam się niestety jak na sesji coachingu, którą „Grywalizacja” mogłaby w jakimś sensie być. Zamiast kilku mini-questów po rozdziałach (które nie doczekały się żadnego podsumowania! – np. „Och, zdobyłeś 10 punktów sprawdzając te informacje? Brawo, jesteś bardzo zaangażowanym czytelnikiem!” etc.) przydałyby się jakieś bardziej projektowe pytania albo jeszcze jeden rozdział. Wyobrażałabym go sobie jako zestaw podstawowych pytań, rodzaj baterii badawczej, przeprowadzającej czytelnika przez elementarny kroki kreowania grywalizacji dla jakiegoś zadania: Co musi zostać zrobione? Jakimi dysponujesz możliwościami nagrody? Czy te nagrody mają różne horyzonty czasowe?…

Tyle moich przemyśleń względem treści.
Jeszcze trochę o technikaliach – piękna, wpadająca w oko okładka z tłoczonym tytułem. Ponad 150 stron na śnieżnobiałym, wysokiej jakości papierze. Fajna, szeryfowa czcionka, miła dla oka. To wszystko trochę drogo – cena okładkowa: prawie 40 zł. Nie ujmując niczego książce, nie żałuję specjalnie wydanych na nią pieniędzy, ale mając przykładowo bank jako partnera wydawnictwa, można by zbić jeszcze trochę z ceny. Mam na półce masę książek podobnej klasy za okładkowe 30 złociszy. I to bez loga Raiffeisen Bank na grzbiecie (!).

Podsumowując, pozycja trochę droga, ale warto uszczuplić portfel – tyle samo wydalibyśmy na obiad i kawę w knajpce, w której Tkaczyk usiadłby z nami na miłą, osobistą pogawędkę o tym, co go widocznie nakręca i na czym się zna. To samo wrażenie możecie otrzymać w domu, w swoim wygodnym fotelu, a kawę popijając z domowych zapasów. No i nikt się na was nie obrazi, jeśli zamiast słuchać, będziecie robili masę notatek.

PS. Osobiście nie powstrzymam się przed uwagą z mojego poletka – językoznawczego – „grywalizacja” to ładna konkatenacja wyrazów „gry” i „rywalizacja”, ale czy nie lepiej oddawałoby sens angielskiego słowa tłumaczenia „gryfikacja” (też w użyciu)?