Archive for the ‘kontestatorka i konkwistador’ Category

 

Cały twitter wiedział, że ma być śnieżyca. Że Xawery, że będzie szklanka na ulicach. Ale drogowcy to grupa osób wiecznie zaskoczonych. To jest po prostu kolokacja. Więc na podjeździe kierowca zaciąga ręczny i modli się, żeby nie zjechać po oblodzonej drodze. Wywala nas kulturalnie na zbity pysk, na wicher i mróz. Obliczam czy bliżej mi do domu czy do A. Do A. Szalik na nos naciągam, poprawiam rękawiczki i idę.

Kilka ładnych skrzyżowań później: Cyklofrenik i Asperger. Mam zeza rozbieżnego. Przez chwilę łapię każdy gest. Dokonuję prezentacji, ale oboje są za bardzo sobą, żeby podjąć pałeczkę. Jeden gada jak katarynka, drugi wycofuje się w ściśnięte wargi. Jeden ma to mikroszurnięcie nogą. Drugi poprawia zgryz szczęki, bo wie już, że jest zbyt kurczowy.
– Co ze szkołą? Dlaczego nie przychodzisz? – pyta Cyklofrenik w przelotnej trosce. Odpowiadam. On: – Acha, ja wysądziłem się o alimenty od ojca, o alimenty od matki i jeszcze socjalne pobieram z Uniwerka.
Tak bez spiny to mówi, przy obcym mu Aspergerze, który odwraca wzrok, to wszystko go nie dotyczy i nie interesuje. Tamten też pomija jego istnienie próbując zafiksować rozbiegane oczy na mojej twarzy. Włosy mu odrastają nierówno.
Wsiada w autobus, odjeżdża.

Za dużo wina.
Milczenie z gatunku tych niezręcznych, ciężkich, pełnych napięcia.

W domu ta decyzja, że pewne numery telefonów trzeba zablokować. Zabieram się do tego, ale przecinam tylko jedną nitkę łączącą mnie poszarpanym nerwem ze Szczecinem. Ile można? Książe potem napisze, że trzeba tylko doczekać końca tego roku, że potem się odmienia. Zakopuję się pod górą książek. Przypominam sobie lata kiedy byłam młodsza, wtedy Książe dzwonił zawsze w Sylwestra, ale bardzo wcześnie, koło 18, 19 – zanim poszedł pić cokolwiek. Miał taki uroczy zwyczaj, że wyłączał komórkę kiedy tylko wchodził na imprezę. Po pijaku nikt nie miał prawa go słyszeć. On nie chciał słyszeć nikogo.

Kończę „Maestro” Kąckiego. Każda strona jest jak wiadro pomyj i naprawdę mi niedobrze. Po „Jutro przypłynie królowa” też poszłam najpierw spędzić dwie godziny w wannie dolewając sobie co jakiś czas gorącej wody. Dwie takie książki w ciągu jednego roku? Co dzieje się w kulturze, że tekst potrafi tak upodlić? Nie czułam się tak źle czytając Wojaczka z jego najgorszymi spermami kapiącymi spomiędzy nóg. Przy Kapuścińskim mi tak żółć nie podchodziła do gardła. Zakazane książki markiza de Sade nie były w najmniejszym razie tak obrzydliwe. Co więc w gardle każe krzyczeć przez okno..?

Reklama

Hej wy, ludzie-psy

Posted: 22 listopada, 2013 in kontestatorka i konkwistador

– Nie mów tak.
Nie patrz tak na mnie.
Czuję się jak człowiek,
który wraca do domu i ma szczeniaczka
na wycieraczce.
Marznie i jest głodny.
Ale nie mogę wpuścić go do domu.
W środku jest wielki rottweiler
równie głodny i znacznie większy.
Wiem, że rozszarpie szczeniaczka.
Odsuwam go nogą, lekko kopię,
lepiej go nie wpuszczać.
Lepiej, żeby został na zewnątrz.
Nieważne jak się z tym czuję.
Źle.

Drogi Pamiętniczku,

To oczywiste, że czasem trzeba byłoby zgrać obszary nietrwałej pamięci na jakiś bardziej pamiętliwy nośnik, ale też oczywiste jest, że bez Niego dzieję się niewiele. Nic właściwie. Tylko czasem Jego telefony o kotku, który nie żyje i chuju, a nie weterynarzu.

Zatem nie bardzo jest ochota, a gdy ochota jest – nie wypełnia jej zanadto treść.

Treść ostatnio kolekuje głównie z „żołądkowa” i chociaż nie chodzi tu o popularny napitek, w świetle kulinarnych jarzeniówek toczy się przygoda.

Były więc przegrzebki ze zmodernizowaną wersją aloo gobi, o czym pisałam na Google+, po których nic nie smakuje tak samo. Przypomina mi się, jak Anthony Bourdain pisał o wypitych za młodu małżach, które lepsze były niż pierwszy pocałunek.

Mój pierwszy pocałunek? Nie pamiętam. Domyślam się z kim (Marcin), domyślam się gdzie (klatka schodowa, 10 piętro, ciemno), ale neurony nie błyszczą. Pamiętam jak w szóstej klasie koszula mojego ulubionego kolegi utytłała się w farbach plakatowych na plastyce i poszliśmy ją do mnie uprać. Dzielnie usunąwszy plamę oddałam mu czyste odzienie i wymawiając jednocześnie „proszę” w odpowiedzi na jego „jaaa, dzięki” cmoknęłam go w gładki, chłopięcy policzek. To pamiętam, to bardzo dobrze pamiętam. Chłopak był mądry, zabawny, pyskaty i niegrzeczny – ale zamiast pachnieć kawą czy papierosami, które przecież lubił – pachniał jakoś tak kakao na mleku.

Przegrzebki zatem były soczyste jak owoce granatu i delikatne jak pocałunek na dobranoc. Wszystko było na swoim miejscu, każda przyprawa, garnirunek, plasterek ziemniaka w kurkumie.

Był ojciec Patryk w brązowym habicie, podający benedyktyńską nalewkę. Nieszczypiące ciepło rozlewające się wzdłuż przełyku na boki.
– Widzę, że jesteś zdziwiona. – podsumuje tylko on.

Kozi ser, piernikowy shortcake z Holandii oraz nasączane sosem sojowym suszone płatki alg. Konsystencje, które człowiek zna i rozumie, ale nie umie wyobrazić sobie, ile jeszcze połączeń czycha na niego za rogiem. Mamy ponoć 6 podstawowych receptorów smaku, tak jak i tylko kilka podstawowych kolorów – ale jakiż palety można z nich budować..!

Wchodzimy do chińskiej knajpki. Chińskiej z definicji, bo obsługa jest w całości skośna, potrafi po polsku tyle co liczebniki (ale niektórzy i tak pokazują na palcach) i mantrowe „doble, doble”, na określenie wartości smaku.
Siedzę przy kontuarze i z otwartą buzią przypatruję się cudom operowania wokiem. Buchające płomienie, para wodna, syk tłuszczu, przechodzenie jednej potrawy płynnie w inną.
Na talerzyku przede mną białe, ukośnie poprzekrajane plasterki puszystego tofu, o lekko żółtwym na zewnątrz zabarwieniu. Mogę zobaczyć, dotknąć naczynia, w którym się marynowały – czego tam nie było! Od cebuli i pieprzu po zupełnie nieznane mi wiktuały, które zapachem przypominają z lekka babciny rosół w niedzielę, w którą nie zabijano kurczaka.

Zupełnie nie wiem, Drogi Pamiętniczku, czemu mimo wszystko nie mogę się tym cieszyć razem z Nim, potakiwać nad talerzem i wracać do Niego sprawdzać, czy te specjały i mocne Malboro na deser po drodze nie zmieniły smaku jego dolnej wargi. Śniadym świtem, czyli bliżej południa, wracać do siebie i w końcu mieć ochotę do pracy.

I pełny żołądek.