Archive for the ‘i jeszcze coś’ Category

Off-screen time

Posted: 14 lipca, 2013 in i jeszcze coś

Nie wychodzi mi. Nie umiem.

Najpierw ciało odmówiło mi posłuszeństwa i zaczęłam się szlajać po szpitalach. Równolegle rozpadła mi się bardzo dobrze rokująca na związek znajomość. Teraz nie dostałam się na studia doktoranckie.

Czuję, że życie chce mnie kopnąć w jaja, ale że nie mam ani penisa, ani jąder, to wali już buciorem gdzie popadnie w celu odnalezienia upragnionej części ciała.

Na dodatek A. wyjechał. Nie żeby jakoś specjalnie, nie, co roku wyjeżdża. Ale w tym jakoś bardziej to czuć.

Zapomniałam jak się śpi, co najwyżej nieporadnie przymykam oczy na godzinę-dwie, nim mnie to rwanie – (meta)fizyczne – zbudzi.

Jeszcze nie jest mi smutno, jeszcze jestem wkurwiona, a to dobry znak. Chociaż planu B też za bardzo nie mam.

Na Miziaka z ekranika
martwy piksel mruga
„Chodż, powiem Ci Internet,
noc przed nami dłuuuga”

Reklama

– …to potem umiera, bardzo szybko, wystarczy się na tym złapać i to udusić.
Tłumaczę jej, chociaż to nie wypada. Ona ma bardziej pod górkę niż ja, tak mi się wydaje momentami.

Wciąż tylko biały szum, zlepki, posiekane ujęcia.

Otwieram maila:

Pytanie „kto cierpi?” – to samo jądro literatury.
Odpowiedź zawsze taka sama: „każdy”.
Ale każdy inaczej i to jest ciekawe.

Rzucam więc to zbłąkane spojrzenie za szybę tramwaju.
– No, she left me. Two weeks ago.
Ręce ma w kieszeniach, nie zdążę go przytulić. On dobrze sobie z tym poradzi. On umie medytować.

Wącha torebkę herbaty. Koty się go boją.
Krzywimy usta rozmawiając o tym, kto nie zasłużył sobie na diamentowe granty. Badacze kebabów i nazw szmateksów, pierdolona zgraja niedorobów.
Ach, gdybyśmy te pół godziny dziennie zamiast na książki przeznaczyli na wklejanie głupich linków na social networks, może ludzie by nas polubili..?

Kiedy był mały, wyglądał jak dziewczynka, więc chłopcy w stanie Texas bili go i śmiali się z niego. Collage drop-out, niższy ode mnie miłośnik książek Johna Greena, robi zdjęcia małym gibonom i uśmiecha się wątło. Na twardym dysku ma dzieło swojego życia, którego wstydzi się, chociaż nie powinien. „Nigdy się nie zakochałem” tłumaczy „więc tym scenom brak autentyczności.”

„Nie możecie powiedzieć o niej, że jest sprzedajną dziwką. Bo nie jest.” zwierza się kilkudziesięciu tysiącom swoich widzów. Też jest zdeprywatyzowany. Jakaś obrzydliwa plaga uzewnętrzniających się YouTuberów i bloggerów, jakaś fala ogromnej obrzydliwej szczerości, oblepiającej i obezwładniającej. Takiej, po której sypią się maile i nagle, nagle mamy czas na korespondencję. Tylko do Kominka nie piszę, chociaż wyrzucił w pizdu dorobek całego roku pracy.
Może nikt do niego nie pisze?

Przez kobietę popadł w kontakt z prawem. Wpadł w alkoholizm i przepuszczał pieniądze w barach, chciał być blisko. Musiał się przyznać przed samym sobą. Potem podbił paszport, zamówił muffiny u mnie i zaczął planować podróż do Polski.

Jest biseksualistą. Nie mieszka w żadnym konkretnym miejscu w Polsce, chociaż studiuje właściwie w jednym mieście. Jest spod igły i ma gust muzyczny, którego pozazdrościłaby mu niejedna panna ze starannym wykształceniem humanistycznym. Poznał mnie, bo chciał na mnie robić eksperymenty. Czego się nie robi dla nauki.

Ona ma nogi podciągnięte pod brodę i cała jest z tęsknienia. Od kiedy ją poznałam nie tykam mojego pudełka z herbatą granatową, czeka na nią, czeka, gdyby zabłądziła tu przypadkiem, nie jako duża dziewczynka, ale mała. Woli usiąść na podłodze, niż na kanapie. To dobrze, bo ja wolę usiąść na biurku. Jest dystans, tak ma być. Ona się nie da pogłaskać po plecach, zresztą, tak jak i mnie – nie to ją boli.

– To takie pedalskie. – podsumuje on, chociaż to jeden z tych komentarzy, którego bym się po nim, jak zwykle, nie spodziewała. Czyli po odbyciu służby wojskowej ochotniczej w znajomości ze mną wychodzi się z tego silniejszym, bardziej cynicznym i… homofobicznym? Kolejna ciekawa cecha, która sprawia, że już go nie ogarniam.

– Wyślij mu to, siedzi w domu sam i smutny. – odpisze na mój mail.
– Spoko, mógłby kiedyś odebrać telefon albo mnie zaprosić. Jego zachowanie jest męczące.
Potem i tak założę kolczyki od niego i będę wiedzieć, że wszyscy wkoło są złamani, zmęczeni i tylko cudem jakimś, nadludzkim wysiłkiem nieświadomych niczego kretynów i ostatnim naszym, pięknych przeintelektualizowanych dwudziestoletnich, krokiem pod wiatr – to wszystko nie wali się i nie pali.
Ręce mamy w kieszeniach.
Ramiona wzruszone.
Profesorowie chwalą nie tylko nasze talenty naukowe, ale i dydaktyczne.

Potem mężczyźni albo ładnie giną, albo brzydko tchórzą i znów kobiety z pogorzeliska, z każdej kolejnej klęski wyciągają połamane krzesła, wyszczerbione talerze, rozdarte pierzyny. Ratują co się da, by dało się żyć w sytuacji, której mężczyzna nie przewiduje: gdy nie zwycięży i… nie zginie. Ileż to razy te nędzne resztki okazywały się wszystkim, co mamy!

– „Selma i magiczne korale” Andrzej Jarczewski