Archive for the ‘i jeszcze coś’ Category

Święta, Święta!

Posted: Grudzień 24, 2013 in Blog, Filmowo, i jeszcze coś

A skoro święta to jak co roku – filmik z życzeniami ode mnie. A przy okazji dwa bonusy, których nie ma na innych „soszal midia”.

Po bonusy kliknij w „czytaj więcej” 🙂

(więcej…)

Reklamy

 

Cały twitter wiedział, że ma być śnieżyca. Że Xawery, że będzie szklanka na ulicach. Ale drogowcy to grupa osób wiecznie zaskoczonych. To jest po prostu kolokacja. Więc na podjeździe kierowca zaciąga ręczny i modli się, żeby nie zjechać po oblodzonej drodze. Wywala nas kulturalnie na zbity pysk, na wicher i mróz. Obliczam czy bliżej mi do domu czy do A. Do A. Szalik na nos naciągam, poprawiam rękawiczki i idę.

Kilka ładnych skrzyżowań później: Cyklofrenik i Asperger. Mam zeza rozbieżnego. Przez chwilę łapię każdy gest. Dokonuję prezentacji, ale oboje są za bardzo sobą, żeby podjąć pałeczkę. Jeden gada jak katarynka, drugi wycofuje się w ściśnięte wargi. Jeden ma to mikroszurnięcie nogą. Drugi poprawia zgryz szczęki, bo wie już, że jest zbyt kurczowy.
– Co ze szkołą? Dlaczego nie przychodzisz? – pyta Cyklofrenik w przelotnej trosce. Odpowiadam. On: – Acha, ja wysądziłem się o alimenty od ojca, o alimenty od matki i jeszcze socjalne pobieram z Uniwerka.
Tak bez spiny to mówi, przy obcym mu Aspergerze, który odwraca wzrok, to wszystko go nie dotyczy i nie interesuje. Tamten też pomija jego istnienie próbując zafiksować rozbiegane oczy na mojej twarzy. Włosy mu odrastają nierówno.
Wsiada w autobus, odjeżdża.

Za dużo wina.
Milczenie z gatunku tych niezręcznych, ciężkich, pełnych napięcia.

W domu ta decyzja, że pewne numery telefonów trzeba zablokować. Zabieram się do tego, ale przecinam tylko jedną nitkę łączącą mnie poszarpanym nerwem ze Szczecinem. Ile można? Książe potem napisze, że trzeba tylko doczekać końca tego roku, że potem się odmienia. Zakopuję się pod górą książek. Przypominam sobie lata kiedy byłam młodsza, wtedy Książe dzwonił zawsze w Sylwestra, ale bardzo wcześnie, koło 18, 19 – zanim poszedł pić cokolwiek. Miał taki uroczy zwyczaj, że wyłączał komórkę kiedy tylko wchodził na imprezę. Po pijaku nikt nie miał prawa go słyszeć. On nie chciał słyszeć nikogo.

Kończę „Maestro” Kąckiego. Każda strona jest jak wiadro pomyj i naprawdę mi niedobrze. Po „Jutro przypłynie królowa” też poszłam najpierw spędzić dwie godziny w wannie dolewając sobie co jakiś czas gorącej wody. Dwie takie książki w ciągu jednego roku? Co dzieje się w kulturze, że tekst potrafi tak upodlić? Nie czułam się tak źle czytając Wojaczka z jego najgorszymi spermami kapiącymi spomiędzy nóg. Przy Kapuścińskim mi tak żółć nie podchodziła do gardła. Zakazane książki markiza de Sade nie były w najmniejszym razie tak obrzydliwe. Co więc w gardle każe krzyczeć przez okno..?

Karaluch

Posted: Październik 12, 2013 in i jeszcze coś

Kiedy wchodzę do klatki schodowej dozoczyni tańcuje przed windą. Ma chore biodro. Nie jest sexy.

– No! No już! – mówi energicznie tupiąc w coś nogą. Kieruję na nią pytający wzrok i cicho zaznaczam swoją obecność uprzejmym:
– Dzień dobry…
– Nie żyje? – pyta, lekko sapiąc i znowu tupie.
– Słucham, co?
– Prusak! Nie żyje?
Po kolejnym tupnięciu dostrzegam o co chodzi. Dozorczyni tupie w zawleczkę od puszki, którą ktoś niefrasobliwie rzucił na podłogę korytarza. Pod windą ciemnawo, ciemny kształt na linoleum wyglądał jak robak. Z tymże oklejony od piwa. Co ona podniosła nogę, zawleczka lekko przyklejała się do podeszwy, potem odklejała się i spadała przesuwając się o parę centymetrów.
Do tanga trzeba dwojga.

Myślę, że każdemu z nas czasem taki prusak się do podeszwy przyklei, metalowy, nie ma go jak ubić. Kwintesencja pancerności. Wciąż wydaje nam się, że nóżką zalotnie do nas fika.

Off-screen time

Posted: Lipiec 14, 2013 in i jeszcze coś

Nie wychodzi mi. Nie umiem.

Najpierw ciało odmówiło mi posłuszeństwa i zaczęłam się szlajać po szpitalach. Równolegle rozpadła mi się bardzo dobrze rokująca na związek znajomość. Teraz nie dostałam się na studia doktoranckie.

Czuję, że życie chce mnie kopnąć w jaja, ale że nie mam ani penisa, ani jąder, to wali już buciorem gdzie popadnie w celu odnalezienia upragnionej części ciała.

Na dodatek A. wyjechał. Nie żeby jakoś specjalnie, nie, co roku wyjeżdża. Ale w tym jakoś bardziej to czuć.

Zapomniałam jak się śpi, co najwyżej nieporadnie przymykam oczy na godzinę-dwie, nim mnie to rwanie – (meta)fizyczne – zbudzi.

Jeszcze nie jest mi smutno, jeszcze jestem wkurwiona, a to dobry znak. Chociaż planu B też za bardzo nie mam.

Na Miziaka z ekranika
martwy piksel mruga
„Chodż, powiem Ci Internet,
noc przed nami dłuuuga”

– …to potem umiera, bardzo szybko, wystarczy się na tym złapać i to udusić.
Tłumaczę jej, chociaż to nie wypada. Ona ma bardziej pod górkę niż ja, tak mi się wydaje momentami.

Wciąż tylko biały szum, zlepki, posiekane ujęcia.

Otwieram maila:

Pytanie „kto cierpi?” – to samo jądro literatury.
Odpowiedź zawsze taka sama: „każdy”.
Ale każdy inaczej i to jest ciekawe.

Rzucam więc to zbłąkane spojrzenie za szybę tramwaju.
– No, she left me. Two weeks ago.
Ręce ma w kieszeniach, nie zdążę go przytulić. On dobrze sobie z tym poradzi. On umie medytować.

Wącha torebkę herbaty. Koty się go boją.
Krzywimy usta rozmawiając o tym, kto nie zasłużył sobie na diamentowe granty. Badacze kebabów i nazw szmateksów, pierdolona zgraja niedorobów.
Ach, gdybyśmy te pół godziny dziennie zamiast na książki przeznaczyli na wklejanie głupich linków na social networks, może ludzie by nas polubili..?

Kiedy był mały, wyglądał jak dziewczynka, więc chłopcy w stanie Texas bili go i śmiali się z niego. Collage drop-out, niższy ode mnie miłośnik książek Johna Greena, robi zdjęcia małym gibonom i uśmiecha się wątło. Na twardym dysku ma dzieło swojego życia, którego wstydzi się, chociaż nie powinien. „Nigdy się nie zakochałem” tłumaczy „więc tym scenom brak autentyczności.”

„Nie możecie powiedzieć o niej, że jest sprzedajną dziwką. Bo nie jest.” zwierza się kilkudziesięciu tysiącom swoich widzów. Też jest zdeprywatyzowany. Jakaś obrzydliwa plaga uzewnętrzniających się YouTuberów i bloggerów, jakaś fala ogromnej obrzydliwej szczerości, oblepiającej i obezwładniającej. Takiej, po której sypią się maile i nagle, nagle mamy czas na korespondencję. Tylko do Kominka nie piszę, chociaż wyrzucił w pizdu dorobek całego roku pracy.
Może nikt do niego nie pisze?

Przez kobietę popadł w kontakt z prawem. Wpadł w alkoholizm i przepuszczał pieniądze w barach, chciał być blisko. Musiał się przyznać przed samym sobą. Potem podbił paszport, zamówił muffiny u mnie i zaczął planować podróż do Polski.

Jest biseksualistą. Nie mieszka w żadnym konkretnym miejscu w Polsce, chociaż studiuje właściwie w jednym mieście. Jest spod igły i ma gust muzyczny, którego pozazdrościłaby mu niejedna panna ze starannym wykształceniem humanistycznym. Poznał mnie, bo chciał na mnie robić eksperymenty. Czego się nie robi dla nauki.

Ona ma nogi podciągnięte pod brodę i cała jest z tęsknienia. Od kiedy ją poznałam nie tykam mojego pudełka z herbatą granatową, czeka na nią, czeka, gdyby zabłądziła tu przypadkiem, nie jako duża dziewczynka, ale mała. Woli usiąść na podłodze, niż na kanapie. To dobrze, bo ja wolę usiąść na biurku. Jest dystans, tak ma być. Ona się nie da pogłaskać po plecach, zresztą, tak jak i mnie – nie to ją boli.

– To takie pedalskie. – podsumuje on, chociaż to jeden z tych komentarzy, którego bym się po nim, jak zwykle, nie spodziewała. Czyli po odbyciu służby wojskowej ochotniczej w znajomości ze mną wychodzi się z tego silniejszym, bardziej cynicznym i… homofobicznym? Kolejna ciekawa cecha, która sprawia, że już go nie ogarniam.

– Wyślij mu to, siedzi w domu sam i smutny. – odpisze na mój mail.
– Spoko, mógłby kiedyś odebrać telefon albo mnie zaprosić. Jego zachowanie jest męczące.
Potem i tak założę kolczyki od niego i będę wiedzieć, że wszyscy wkoło są złamani, zmęczeni i tylko cudem jakimś, nadludzkim wysiłkiem nieświadomych niczego kretynów i ostatnim naszym, pięknych przeintelektualizowanych dwudziestoletnich, krokiem pod wiatr – to wszystko nie wali się i nie pali.
Ręce mamy w kieszeniach.
Ramiona wzruszone.
Profesorowie chwalą nie tylko nasze talenty naukowe, ale i dydaktyczne.

Potem mężczyźni albo ładnie giną, albo brzydko tchórzą i znów kobiety z pogorzeliska, z każdej kolejnej klęski wyciągają połamane krzesła, wyszczerbione talerze, rozdarte pierzyny. Ratują co się da, by dało się żyć w sytuacji, której mężczyzna nie przewiduje: gdy nie zwycięży i… nie zginie. Ileż to razy te nędzne resztki okazywały się wszystkim, co mamy!

– „Selma i magiczne korale” Andrzej Jarczewski

Wczoraj na jednym ze spotkań usłyszałam miażdżącą moją całą sympatię wypowiedź kolegi, że ze wszystkich postaw najbardziej obrzydliwą jest mu ateizm, ponieważ brak mu elementarnego dla człowieka elementu transcendencji. Nie posiadają też żadnej utrwalonej tradycji ani wzorów do naśladowania. Chciałam mu rzucić jakąś książką McGowan w twarz. Ten mężczyzna to zresztą  czystej krwi intelektualista, chociaż kiepski pisarz (nie każdy urodził się z piórem czy klawiaturą w dłoni, cóż), piewca technologicznej paidei i rzeczowy krytyk cyberkultury (brak mu w tym ekstremizmu, co liczę mu na plus). Filozof i kulturoznawca, którego ulubionym fragmentem z życia Charlesa Darwina był moment doboru żony na podstawie listy plusów i minusów każdej z kandydatek. No i zupełnie otwarcie opowiada się za dobijaniem ginących języków. O, tajemnice wewnętrznej spójności i braku dysonansu poznawczego!

Dzisiaj już obchodzę Dzień Darwina i wzruszam ramionami na tę między nami rozbieżność. Umiem traktować ludzi czysto utylitarystycznie, więc często nie widzę problemu w dostrzeganiu tylko ich zalet, które mnie inspirują, do których dążę, a zupełną krytyką otaczając pozostałe ich cechy. Tak uprawia się naukę, przez krytykę tego, co „nie działa”. Tak też, w znakomitej większości, rodzą się chyba moje relacje. Z tego wynika też pewnie trudność nawiązywania owych relacji ze mną.

Interludium: jejku, jaki śliczny wniosek ad hoc mi wyszedł.

Darwin Day to dla mnie taki dzień spokoju, obcowania z wykładami i książkami, doceniania ambicji moich znajomych z akademii, młodszych i starszych, którzy pchają ten wagonik poznania do przodu. Nie rozróżniam dziś na tych, którzy zajmują się imiesłowami w fińskim a neuroprzekaźnikami w procesie uzależnienia od alkoholu. Gratuluję tym, co badają zakurzone teczki tajnych służb, odtajnione po 50 latach i cieszę się, że są tacy, co projektują nowe systemy wizyjne. Dla mnie, dziś, biologia nie jest najważniejsza, ale proces myślenia, rozważnego projektowania eksperymentu i wyciągania logicznych wniosków. Dobra, trochę dyskryminuję teologię. Uważam, że powinna być redukowalna do innych dziedzin, takich jak: literaturoznawstwo (niech będzie np. sakralne), filozofia, erytrystyka, socjologia, etyka itd.. Bo tego centralnego punktu, do którego teologia musi się jakoś odwoływać, badać się nie da. Nie można badać czegoś, w co się wierzy. A ze zdań twierdzących typu „jest” nie wynikają zdania typu „powinno się” (i vice versa!). Mimo to, nie neguję badań np. nad Biblią (solidny kawał literatury, czytałam), Koranem (też) czy Tripitaką (we fragmentach) – żeby tu wymienić tylko najbardziej znane „święte” księgi. Nie neguję badania wpływu religii na etykę czy, bardziej jednostkowo, na mechanizmy socjologiczne i neurologiczne wśród poszczególnych wyznawców. Sporo jest do zbadania. Ale nie w tym namiocie.

Z ironią tylko uśmiecham się, że sprawiono nam na ten dzień prezenty w postaci 666-centymetrowej brzozy smoleńskiej i oświadczenia o abdykacji papieża. Tak, potraktowałam to jako prezent.

Jak prezent potraktowałam też dziś złotą myśl z maila od Adriana Krysiaka (prowadził w nim polemikę z ostatnim artykułem Everetta, a dotyczył on sprawy Chomsky’ego i genetycznego podłoża języka po części – zainteresowani klikają tutaj):
„[N]ie wiem, czy chciałbym (mając wybór i znając obie strony granicy) żyć w społeczności bez książek (w tym „Ulissesa”) i bez nauki. Może byłbym szczęśliwszy, ale na pewno rzadziej by mi stawał.”
I tak zblazowana, mniej lub bardziej, inteligencja traktuje dobrodziejstwa dostępu do dowolnych niemal źródeł wiedzy. Niech się święci!

Jak wy się nie czujecie obdarowani niczym wspaniałym dzisiejszego dnia, proponuję zrobić sobie solidną przerwę na kilka piosenek o Darwinie i jego osiągnięciach (a także jego następców). Wybór jest trochę subiektywny (Łukaszowi Rodzikowi dziękuję za link do piosenki z Horrible Histories), ale może was zachęci do pogrzebania w temacie. Albo przynajmniej poprawi w humor.