Archive for the ‘Filmowo’ Category

Święta, Święta!

Posted: Grudzień 24, 2013 in Blog, Filmowo, i jeszcze coś

A skoro święta to jak co roku – filmik z życzeniami ode mnie. A przy okazji dwa bonusy, których nie ma na innych „soszal midia”.

Po bonusy kliknij w „czytaj więcej” 🙂

(więcej…)

Reklamy

Wczoraj na jednym ze spotkań usłyszałam miażdżącą moją całą sympatię wypowiedź kolegi, że ze wszystkich postaw najbardziej obrzydliwą jest mu ateizm, ponieważ brak mu elementarnego dla człowieka elementu transcendencji. Nie posiadają też żadnej utrwalonej tradycji ani wzorów do naśladowania. Chciałam mu rzucić jakąś książką McGowan w twarz. Ten mężczyzna to zresztą  czystej krwi intelektualista, chociaż kiepski pisarz (nie każdy urodził się z piórem czy klawiaturą w dłoni, cóż), piewca technologicznej paidei i rzeczowy krytyk cyberkultury (brak mu w tym ekstremizmu, co liczę mu na plus). Filozof i kulturoznawca, którego ulubionym fragmentem z życia Charlesa Darwina był moment doboru żony na podstawie listy plusów i minusów każdej z kandydatek. No i zupełnie otwarcie opowiada się za dobijaniem ginących języków. O, tajemnice wewnętrznej spójności i braku dysonansu poznawczego!

Dzisiaj już obchodzę Dzień Darwina i wzruszam ramionami na tę między nami rozbieżność. Umiem traktować ludzi czysto utylitarystycznie, więc często nie widzę problemu w dostrzeganiu tylko ich zalet, które mnie inspirują, do których dążę, a zupełną krytyką otaczając pozostałe ich cechy. Tak uprawia się naukę, przez krytykę tego, co „nie działa”. Tak też, w znakomitej większości, rodzą się chyba moje relacje. Z tego wynika też pewnie trudność nawiązywania owych relacji ze mną.

Interludium: jejku, jaki śliczny wniosek ad hoc mi wyszedł.

Darwin Day to dla mnie taki dzień spokoju, obcowania z wykładami i książkami, doceniania ambicji moich znajomych z akademii, młodszych i starszych, którzy pchają ten wagonik poznania do przodu. Nie rozróżniam dziś na tych, którzy zajmują się imiesłowami w fińskim a neuroprzekaźnikami w procesie uzależnienia od alkoholu. Gratuluję tym, co badają zakurzone teczki tajnych służb, odtajnione po 50 latach i cieszę się, że są tacy, co projektują nowe systemy wizyjne. Dla mnie, dziś, biologia nie jest najważniejsza, ale proces myślenia, rozważnego projektowania eksperymentu i wyciągania logicznych wniosków. Dobra, trochę dyskryminuję teologię. Uważam, że powinna być redukowalna do innych dziedzin, takich jak: literaturoznawstwo (niech będzie np. sakralne), filozofia, erytrystyka, socjologia, etyka itd.. Bo tego centralnego punktu, do którego teologia musi się jakoś odwoływać, badać się nie da. Nie można badać czegoś, w co się wierzy. A ze zdań twierdzących typu „jest” nie wynikają zdania typu „powinno się” (i vice versa!). Mimo to, nie neguję badań np. nad Biblią (solidny kawał literatury, czytałam), Koranem (też) czy Tripitaką (we fragmentach) – żeby tu wymienić tylko najbardziej znane „święte” księgi. Nie neguję badania wpływu religii na etykę czy, bardziej jednostkowo, na mechanizmy socjologiczne i neurologiczne wśród poszczególnych wyznawców. Sporo jest do zbadania. Ale nie w tym namiocie.

Z ironią tylko uśmiecham się, że sprawiono nam na ten dzień prezenty w postaci 666-centymetrowej brzozy smoleńskiej i oświadczenia o abdykacji papieża. Tak, potraktowałam to jako prezent.

Jak prezent potraktowałam też dziś złotą myśl z maila od Adriana Krysiaka (prowadził w nim polemikę z ostatnim artykułem Everetta, a dotyczył on sprawy Chomsky’ego i genetycznego podłoża języka po części – zainteresowani klikają tutaj):
„[N]ie wiem, czy chciałbym (mając wybór i znając obie strony granicy) żyć w społeczności bez książek (w tym „Ulissesa”) i bez nauki. Może byłbym szczęśliwszy, ale na pewno rzadziej by mi stawał.”
I tak zblazowana, mniej lub bardziej, inteligencja traktuje dobrodziejstwa dostępu do dowolnych niemal źródeł wiedzy. Niech się święci!

Jak wy się nie czujecie obdarowani niczym wspaniałym dzisiejszego dnia, proponuję zrobić sobie solidną przerwę na kilka piosenek o Darwinie i jego osiągnięciach (a także jego następców). Wybór jest trochę subiektywny (Łukaszowi Rodzikowi dziękuję za link do piosenki z Horrible Histories), ale może was zachęci do pogrzebania w temacie. Albo przynajmniej poprawi w humor.

Wideo świąteczne 2012 :)

Posted: Grudzień 24, 2012 in Filmowo

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Posted: Wrzesień 1, 2012 in Filmowo, mała lingwistka, Muzycznie

„Prisoner of Love” Utada Hikaru

I’m a prisoner of love,
Prisoner of love
Just a prisoner of love
I’m just a prisoner of love,
A prisoner of love

平気な顔で嘘をついて
笑って 嫌気がさして
楽ばかりしようとしていた

ないものねだりブルース
皆安らぎを求めている
満ち足りてるのに奪い合う
愛の影を追っている

退屈な毎日が急に輝きだした
あなたが現れたあの日から
孤独でも辛くても平気だと思えた
I’m just a prisoner of love
Just a prisoner of love

病める時も健やかなる時も
嵐の日も晴れの日も共に歩もう

I’m gonna tell you the truth
人知れず辛い道を選ぶ
私を応援してくれる
あなただけを友と呼ぶ

強がりや欲張りが無意味になりました
あなたに愛されたあの日から
自由でもヨユウでも一人じゃ虚しいわ
I’m just a prisoner of love
Just a prisoner of love

Oh もう少しだよ
Don’t you give up
Oh 見捨てない 絶対に

残酷な現実が二人を引き裂けば
より一層強く惹かれ合う
いくらでもいくらでも頑張れる気がした
I’m just a prisoner of love
Just a prisoner of love

ありふれた日常が急に輝きだした
心を奪われたあの日から
孤独でも辛くても平気だと思えた
I’m just a prisoner of love
Just a prisoner of love

I’m a prisoner of love
Prisoner of love
Prisoner of love
I’m just a prisoner of love
I’m a prisoner of love

Stay with me, stay with me
My baby, say you love me
Stay with me, stay with me
一人にさせない

Wersja polska (tłum. moje):

I’m a prisoner of love,
Prisoner of love
Just a prisoner of love
I’m just a prisoner of love,
A prisoner of love

Kłamałeś bez mrugnięcia okiem,
śmiałeś się, brzydziłeś się mną,
cały czas spędzałeś na przyjemnościach

Smutek, że proszę o zbyt wiele
a przecież każdy szuka spokoju
Niby mam wszystko, ale rozsypuję się
Gonię za cieniem miłości

Szara codzienność nagle rozświetliła się blaskiem
Bo to był dzień, w którym się pojawiłeś
I opuszczenie, i ból – zdawały się być do zniesienia kiedy
I’m just a prisoner of love
Just a prisoner of love

Czy w zdrowiu, czy w chorobie
czy burza, czy słońce – idźmy razem

I’m gonna tell you the truth
Wybieram drogę cierpienia, nieznaną nikomu
Dopinguj mnie
Bo tylko Ciebie nazywam „przyjacielem”

Zgrywanie silnej i pazerność straciły sens
Od dnia kiedy mnie pokochałeś
Nawet wolność, nawet dostatek – w pojedynkę są puste i
I’m just a prisoner of love
Just a prisoner of love

Och, jeszcze tylko troszkę
Don’t you give up
Och, nie gardź mną, nigdy

Gdyby okrutna rzeczywistość rozdarła nas dwoje
to tym mocniej lgnęlibyśmy do siebie
Zdaje mi się, że jeszcze wiele, wiele wytrzymam, bo
I’m just a prisoner of love
Just a prisoner of love

Zwykłe dni nagle rozświetliły się blaskiem
Od dnia kiedy skradnięto mi serce
I opuszczenie, i ból – zdawały się być do zniesienia kiedy
I’m just a prisoner of love
Just a prisoner of love

I’m a prisoner of love
Prisoner of love
Prisoner of love
I’m just a prisoner of love
I’m a prisoner of love

Stay with me, stay with me
My baby, say you love me
Stay with me, stay with me
Nie zostawiaj samej…

A potem:

A w końcu Adrian przed pierwszą w nocy powie, prawie ciepło:

masz ujmującą emocjonalność, choć trudną jak skurwysyn
 jak dziecko bez rąk
przerażające, ale mimo to patrzysz z zaciekawieniem

 

„Chwała dziwkom!”

Posted: Czerwiec 22, 2012 in Filmowo, psychodelic, Rant

Premiera jest dziś, więc zabrałam się na randkę. Sama siebie. Przed pracą zrobiłam rezerwację, po pracy wsiadłam w tramwaj i sama kupiłam sobie bilet. Zwisa mi to, „Chwała dziwkom!” to modny lejtmotif prostytucji. Siadam, popijam ze szklanicy shake bananowy i niczemu się nie dziwię. Postanawiam po prostu poobcować z kinem studyjnym od pierwszej sceny kiedy dziwki zza swojej ogromnej szyby zielonym laserem świecą klientom w dole po twarzach.

I wszystko jest dobrze pierwsze piętnaście minut.
Potem gdzieś z góry słyszę urwane:
– O kurwa…
Po jakimś czasie pani po mojej prawej ręce chowa twarz w dłoniach.
Zauważam, że dość nerwowo ściskam szklankę, brwi mi się to zjeżdżają to rozjeżdżają na czole.
Na ekranie przecież nic się nie dzieje, Tajki modlą się o to, by mieć dziś dużo klientów. Prostytutka w Bangladeszu wyrzuca ze stolika zużytą prezerwatywę, oczyszcza ogniem drzwi, łóżko, dłonie, czoło i stopy.
– O mój boże… – wyrywa się panu z boku.
– Piotrusiu, Piotrusiu…! – cicho pisnęła pani po skosie tuląc się w ramię swojego mężczyzny.
Sala się złamała. Widzę to jak jedno po drugim, under the breath, wyszeptują cokolwiek, bo nie znajdują słów. To taki wesoły film, jedna z drugą się śmieją, ktoś tańczy, jedna pijana Meksykanka pokazuje co ma pod bluzką – sala płacze.
– O ja pierdolę… – wymyka się i mnie i dotykam oczu. Są mokre. Sala jest cicha, skupiona, nie ma wielu ludzi, widzę niemalże każdego. Nie ogarniamy kuwety.
Nie uspokaja mnie nawet pewna jak to, że dwa i dwa jest cztery, obecność państwa Kalinowskich na sali. Oni już przecież widzieli w tym kinie wszystko, tymczasem pani Maria mocniej zaciska chustkę pod brodą.
Widownia pełna jest wydrylowanych oliwek, słonych i pustych w środku. Z niedowierzaniem na twarzach, z bólem, w głębokim zadumaniem.

Z sali wychodzę bardzo szybko, nie łapiąc z nikim wzrokowego kontaktu. Chcę do domu, ale idę na sushi. Potem na piwo. Potem tułam się po mieście. Wypsztykuję się do niemal ostatniej złotówki. Nie jest mi lepiej.

Jak ktoś myślał, że o kurwach nie można już nic nakręcić, zapraszam do najbliższego kina studyjnego na „Chwała dziwkom” w reżyserii Michaela Glawoggera, 2012.

Obejrzałam dzisiaj „Terry Pratchett: Choosing to die” (możesz [kliknąć tutaj] i też obejrzeć o czym dziś będę pisać). To praktycznie godzinny dokument o tym, jak się umiera z wyboru.

Terry Pratchett, jeśli ktoś żyje w mysiej dziurze, to jeden z najzabawniejszych pisarzy fantasy, tłumaczony na wiele języków (na polski przez niezastępionego mistrza Cholewę). Pochodzi z Wielkiej Brytanii. W 2008 zdiagnozowano u niego jedną z postaci choroby Alzheimera. Na chwilę obecną, jego książki są już dyktowane zaufanemu człowiekowi, ponieważ pisanie na klawiaturze jest dla niego zbyt wielkim wysiłkiem.

Mam naiwnie osobisty stosunek do sir Pratchetta (i mistrza Cholewy), bowiem obu dżentelmenów poznałam podczas ich wizyty (prawdopodobnie ostatniej) w Poznaniu i spotkań z nimi. Akurat kiedy rozdawali autografy, wszystko szło nieśpiesznie i miałam swoje 5 minut konwersacji, kiedy Pratchett rysował w moim egzemplarzu „Pomniejszych bóstw” zamaszystego A’Tuina. I pamiętam, było to dla mnie bardzo inspirujące i doniosłe. Być może nigdy do tego stopnia nie związałabym się z językami obcymi w swoim życiu zawodowy, gdyby nie on i nie te 5 minut wymienionych zdań (na odchodnym rzuciłam wtedy mistrzowi Cholewie, że jakby mu się zeszło, na pewno wskoczę na jego pozycję – on rozbawiony odkrzyknął, że ma dzieci, które już chcą na nią wskoczyć, więc nie mam szans).

Terry, którego zapamiętałam z tamtego dnia, był faktycznie znacznie młodszy od tego na filmie.

W Wielkiej Brytanii eutanazja i asystowana śmierć są nielegalne. Nie wiem jaki jest wypracowany techniczny polski odpowiednik na to drugie, gdzie w zasadzie dochodzi do samobójstwa przez udostępnienie odpowiednich medykamentów. W Polsce, oazie chrześcijaństwa oczywiście nie jest lepiej.

Zawsze mnie zastanawiało, czemu nie możemy dać ludziom wyboru kiedy chcą umrzeć? Samobójcy i tak to robią, ale to nie jest… godne. A wszystkim w umieraniu chodzi chyba o godność i spokój. To prawda, artystycznie i efektownie jest się powiesić, ale ilu zniedołężniałych ludzi, którzy chcieliby już odejść w spokoju nie może po prostu pozwolić sobie na taką ekwilibrystykę i chciałoby umrzeć tak jak na tym filmie?

A może niedokłądnie tak? Dlaczego mają wyjeżdżać do niebieskiego domku poza granicami kraju, dlaczego nie mogą tego zrobić w szpitalu albo we własnym domu? Domyślam się, że część odpowiedzialności leży na tych, co zostają – lekarze nie chcą mordować na życzenie, bliscy nie chcą mieszkać w domu, w którym jest łóżko na którym umarł ich krewny – jest, owszem, dużo odpowiedzi. Ale ja też wolałabym taki niebieski domek, tyle, że pod Poznaniem, niż powolne duszenie się pod kroplówką, jeśli taka będzie opcja. Każdy by wolał, jeśli miałby wybór. Czy tego boją się Ci, co zostają? Masowych pielgrzymek do takich miejsc, nawet jeśli wymagają długich procedur biurowych i medycznych? Ze zostaniemy bez dziadków i babć, a potem nie poradzimy sobie z wnukami, których nie upchnęliśmy na czas do przełnionego żłobka czy przedszkola? A może gdyby zwolniło się trochę miejsca, możnaby podwyższyć emerytury, dla tych, którzy wciąż chcą jeść dobre rzeczy, leczyć się i tańczyć?

Ten temat z innej strony ugryzłam ostatnio czytając Mangę „Osiedle Promieniste” wydane przez Hanami (chcesz kupić, albo chociaż rzucić okiem? [kliknij]). Psychodeliczne to było, nie powiem, a i doza zwyrodnienia w tej historii była duża. Wiecie, to z czym typowo internet utożsamia Japończyków – „Osiedle…” wpisywało się w schemat. Tam ludzie popełniali samobójstwa i też potrzebowali kogoś do asysty – „koordynatora”. Czy więc ludzie najbardziej boją się umierać sami? Czy dlatego dawniej palono pary królewskie wspólnie (niezależnie od stopnia żywotności połówki damskiej)? A w Japonii jeszcze podczas Drugiej Wojny Światowej lepiej było umrzeć z kolegami w bunkrze niż iść do alianckiej niewoli?

Czy to nie byłby fajny zawód XXI albo XXII wieku? Asystent śmierci. Brzmi nieźle. Robiono by z tego 2letnie studium, z podstawami medycyny, neurologii, psychologii, negocjacji… Papierek i heja w teren. Tylko kto byłby bardziej pożądany w tym zawodzie: psychopaci czy kserokopie Matki Teresy? I, och, te bajeczne zarobki!

Nie umiem do tego podejść bez mówienia o tym, że sama naprawdę chciałabym zmienić podejście ludzi do tego procederu, tak samo jak opowiadam się za prawem homoseksualistów do ślubu i adopcji czy wytrzebieniem papierosów z rynku (być może na rzecz skrętów albo shishy). Tylko ja nie ogarniam. Wrócimy do tematu za, jak dobrze pójdzie, kilkadziesiąt lat.