Archiwum dla Grudzień, 2012

Czas Podsumowań

Posted: 31 grudnia, 2012 in i jeszcze coś, mała lingwistka

Rok 2012.
96 przeczytanych książek, setki artykułów. Kilkanaście, może -dziesiąt obejrzanych lepszych lub gorszych filmów.
1 wydana książka, 3 bardziej lub mniej napisane. Obroniona magisterka.
Powrót do medytacji, otwartość na próbowanie nowych rzeczy, trochę przyjemnego strachu na gęsiej skórce przedramion.
1 pogrzeb, zero ślubów.

Krok wstecz w mojej socjopatii, znowu czuję, że mi się rozjeżdża, że nie rozumiem, że mnie frustruje. Frustruje mnie nieoczytanie, beztroskie przynawanie się do niewiedzy, chwalenie się brakiem kontaktu z kulturą. To mnie się atakuje, to ja jestem winna i inna, wymądrzam się, zadzieram nosa, nie równam w dół. Do kolegi, o jezu, wolałabym przyjaciela, kompulsywnie piszę około północy, wyrzutu pełna „Ty nie masz takich wieczorów, że Cię wkurwia, że nie masz z kim usiąść i pogadać tak, żeby to było rozwijające? Że dymamy oboje jakieś puste strzały?..”.
Odpisze, celnie, precyzyjnie.
Zaskoczy mnie.

1 strona zapisanych planów i marzeń na 2013.
Z boku pewnie cholernie samolubnych, egoistycznych. Mam bardzo barwne sny, trochę dziwne, w których ja i ja w cudzym ciele, prowadzimy mądre dysputy i analizy dla bardzo absurdalnych sytuacji. Koleżance zwierzę się, jak dziwne to są sny, zapytam czy nie mogłam się urodzić trochę głupsza i szczęśliwsza.
– Trzeba na noc mózg wyłączyć.
– Nie, mózg to najlepsze co mam. – odpowiem gorzko. Będzie w tym ponura satysfakcja.

I zdziwienie, że o wielu rzeczach nie ma komu, nie po co („…nie ma gdzie i nie ma jak”). Sprawy nauki, kultury, etyki, filozofii to nie tematy na rozmowę przy kawie czy piwie. Od tygodni, miesięcy nie wybrałam się na kawę czy piwo… nie ma też tego w moich planach na 2013.

„Bloger” Tomek Tomczyk

Posted: 27 grudnia, 2012 in Ksiązkowo, Rant
bloger W tym roku przeczytałam 96 książek. Ta była jedną z najlepszych.

Blogować zaczęłam w zamierzchłych czasach, kiedy blog.pl nie należał nawet do onetu, mając lat bodaj 13. Oczywiście, pisałam wtedy teksty o pierwszych miłościach, śmierci i literaturze (ACH, pierwsze podejście do Bułhakowa w podstawówce! OCH, odkrycie Świetlickiego w gimnazjum!). Takie jak poniższy fragment:

„Tak cholernie boli. I cieszę się z tego. Skoro boli to znaczy, że kochałam, prawda?
Tylko, że to już 4 miesiące, a ja niby jestem pozbierana, ale po kątach pokoju mojej duszy jeszcze jakieś porozrzucane ciuchy przeszłości się walają. I wszystkie z jedną metką. Pieprzyć taką miłość.” (wiosna 2003)

Wtedy internet był małym miejscem – przez tego bloga nawiązałam kilka znajomości i szlifowałam warsztat. Wydawca mojej pierwszej książki jednak poprosił, bym blog usunęła, bo było w nim sporo niezedytowanych tekstów z wydanej niedługo potem „Choroby Szalonych Słów„. Tak z prywatnym blogowaniem przeniosłam się na Bowryj – chociaż wtedy jeszcze na własnej domenie bow.ryj.pl. Od tego czasu założyłam i zamknęłam jeszcze parę blogów językowych (wszystkie na wordpressie lub na silniku wordpressa pod własną domeną).

Z roku na rok dojrzewam do myśli o prowadzeniu bloga profesjonalnego, skrzętnie planuję posunięcia, szukam pomysłu na siebie. To chyba już niedługo. Dzięki tej książce.

„Bloger”, tak między nami, to książka nie tylko dla blogerów. Jest taka jak Kominek i jego obecne blogi, lifestylowa. Jeśli masz cokolwiek wspólnego z kreatywnością w swojej pracy, to ta książka jest dla Ciebie. Pomaga znaleźć własny głos, przypomnieć sobie trochę tego wewnętrznego dzieciaka, który obiecywał wszystkim naokoło, że poleci na Księżyc albo będzie prezydentem. I zrobić coś w tym kierunku.

Zanim w ogóle zaczęłam ją czytać, już miałam o niej kilka anegdot. Powstała w „wysypie” książek autorów z polskiej blogosfery (Maciej „Niekryty Krytyk” Frączak skrobnął „Zeznania…”, Krzysztof „Beczka” Gonciarz machnął kolejną książkę – „WebShows”, Paweł Tkaczyk wydał „Grywalizację”… – a to tylko te, które mam w zasięgu wzroku na półce obok) i po prostu musiałam ją mieć. Zawsze uwielbiałam uczyć się od inspirujących ludzi, a przecież nie będę dzwonić czy pisać do każdej barwnej osobistości na internecie, mają znacznie ważniejsze sprawy ode mnie. Sama wiem, ile czasu kosztuje blogowanie, a jak się jeszcze vloguje i ogarnia social networks, to trzeba to robić na pełen etat. Dodatkowo w tym semestrze wpadłam na fakultet Filozofia Cyberkultury w Pracowni Pytań Granicznych UAM – tam to dopiero przerzucaliśmy się takimi książkami i memami. Zamówiłam więc kopię papierową.

Z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że dostanę też e-book. Z marszu, przy zamówieniu. A kilka dni potem dostałam jeszcze maila, że mój e-book czeka na mnie pod tym linkiem. Trochę się zdziwiłam – z jednej strony bardzo mnie bawiło, że tak bardzo chcą mi sprzedać tę książkę, że pozwalają mi ją ściągnąć dwa razy (chwila… co?), a z drugiej zaczęłam się drapać w głowę, czy aby na pewno nie pochrzaniłam czegoś przy zamówieniu i nie kupiłam tylko wersji elektronicznej. Ale nie, wersja papierowa też dotarła. W środku minimalistyczna okładka, śliczna czcionka szeryfowa z dobrym rozstrzeleniem po stronie. Może to nie twarda oprawa, ale i tak przyjemne cacko.

Następnego dnia, kiedy książka leżała już na kupce „do przeczytania” (a właściwie na jednej z nich…) odwiedziła mnie siostra. Ją też graficznie zelektryzowała okładka. Odcyfrowuje małe słowa składające się na tytuł, popatruje na tył i…:
– Jeeezu… jakie ciacho. – słyszę jęk za plecami.
Pogratulowałam Tomkowi w myślach plebiscytu na zdjęcie na okładkę.
– Znasz go? – patrzy na mnie. Dzieciata mężatka.
– Nie. – szczerzę się do niej, setnie ubawiona – Kiedyś nikt nawet nie wiedział jak wygląda i jak ma na nazwisko, a miał tysiące czytelników.

Kiedyś. Ha, do tej pory mówią mu Tomasz Kominek. To się nazywa self-branding. Ty też możesz to zrobić. Możesz sam jeden. Ale po co uczyć się na własnych błędach, skoro możesz na cudzych? Tomek zadbał o wszystko, w tym o to, żeby nie pisać ex catedra o blogosferze, której sam jeden nie tworzy. W jego książce wypowiadają się też inni: od znanych szafiarek (blogerek modowych) i autorów blogów kulinarnych, po tych znanych z niszy lifestylowej, technologicznej lub opiniotwórczej. Co dość miłe, nie ma tam (albo ja coś przegapiłam) blogerów-dziennikarzy, którzy prowadzą blogi na zlecenie swoich stacji czy redakcji (o ile to w ogóle oni piszą!). Bo to są ludzie z zupełnej bajki – tu chodzi o pokazanie, że gwiazdą możesz zostać tu, w internecie, nie potrzebujesz zaistnieć najpierw w innych mediach. Do innych mediów możesz przeniknąć, od dołu, a właściwie coraz bardziej z boku – bowiem w świecie mass mediów coraz wyraźniej widać, że nie patrzy się na internet z dołu, lecz z poziomu równorzędnego partnera.

Tomek zadbał też, żeby sensownie ułożyć rozdziały – i już od pierwszych stron zaszczepić w Tobie poczucie, że „Bloger” przyda się Tobie nie tylko tu i teraz, ale też za parę lat. Kariery bowiem nie robi się w tydzień czy w miesiąc, to ciężki kawał chleba. Jeśli dziś założysz bloga, ostatnie rozdziały tej książki przydadzą się Tobie w 2014 roku albo później. Dobrze jednak wiedzieć, jak wysoko możesz ustawić sobie poprzeczkę i jak szybko możesz do niej doskoczyć. Dowiesz się więc wszystkiego począwszy od dbania o licujący z Twoim stylem layout, a skończywszy na tym jakie kruczki wywąchać w umowie z reklamodawcami.

Co mi się jeszcze podobało? Że to nie jest szablonowy poradnik marketingowy. Dobry bloger nie musi być specjalistą od pozycjonowania, niekoniecznie zna xHTML, nie musiał też sam postawić serwera w piwnicy. Chociaż nieobcy mu aparat, smartfon i tablet, chociaż jest „człowiekiem-kombajnem” – wie co może scedować na innych, na czym się skupić. A rasowy bloger skupia się na sobie. Jest pieprzonym egoistą i egocentrykiem. Wszystko kręci się wokół niego (lub niej) i tego, co kocha. A jeśli jest w tym chociaż trochę przekonujący, uparty jak osioł oraz pewien swego – stanie się okiem cyklonu.

Naprawdę musicie kupić tę książkę. No bo nie gadajcie, że nie chcecie być okiem cyklonu?

Wideo świąteczne 2012 :)

Posted: 24 grudnia, 2012 in Filmowo

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Dyjak Dwa

Posted: 20 grudnia, 2012 in kontestatorka i konkwistador, Rant

Każda kolejna caipirinha jakby bardziej pod brzeg wypełnia szklankę.
W końcu to jest tak, jak miało być, a jak nie było ponad rok temu.

Chociaż tym razem nie natrafię na niczyją dłoń, raczej na spojrzenie.

Dyjak będzie zaskakująco trzeźwy i zabawny. Ironicznie będzie przedstawiał kolejne piosenki z repertuaru. Wszyscy wzniosą za niego toast. Kiedy Adrian wyjdzie przez chwilę, Dyjak dostanie nawet standing ovation. Tylko ja się nie podniosę z krzesła, serce mam ze stopu złota i żelaza, zbyt ciągnie mnie w dół siła ciążenia.

Potem sushi, pijany tramwaj do domu.

Rano, on – kawa, ja – herbata. I tak ciągle. Kawa, herbata. Dwie kawy, herbata. Kawa, herbata. Ja pracuję i nauczam angielskiego – on leży, zawinięty w kołdrę po czoło. On się przytula – ja sztywnieję. Ja się przytulam – on sztywnieje. I tak w kółko do cholery. W kółko. Zawsze inaczej, na odwrót, wprost przeciwnie.
Jedyne co nasz łączy to woda w wannie i ciepły, jak ta woda, uśmiech.

(Milszy już dla mnie nie będzie.)

Po prostu notka

Posted: 2 grudnia, 2012 in Blog, Tfurczość

Dużo się dzieje.
Żeby trochę odpocząć, pobazgrzę trochę na Bowryju.

Po pierwsze, bardzo się cieszę, bo zaproponowano mi pracę przy dwóch projektach naukowych. Będę się starać i będę pracować ciężko. Nie mam nikogo kto by mnie dopingował, więc mam nadzieję, że moi współpracownicy oprócz zwalania na mnie kolejnych ciekawych zadań czy płacenia mi jakichś wymiernych profitów czasem poklepią mnie po plecach i powiedzą „Dobra robota! Świetnie, że jesteś!”

W czwartek wybrałam się z moją uczennicą Agą do Spotu na performance „Uziemiona” Pauliny. Całość wgniatała w fotel, a potem jeszcze miałam okazję, wciąż drżącą od emocji Paulinę chwycić w ramiona i poczuć jak przenosi na mnie całą tę energię. Niesamowicie pierwotne, fizyczne uczucie.
Potem złamano mi moje biedne, biseksualne serduszko i zaczęłam się zachowywać nieodpowiedzialnie z alkoholem. Do domu trafiłam późno i… nie sama, bo z Agą. To było głupie, ale pozwoliło trochę wyszarpnąć się ze stagnacji codziennej harówki.

…bo wygrałam! Udało mi się napisać 50158 słów (prawie 120 stron A4) powieści o dziejach relacji mojej i Adriana. Z naciskiem na Adriana. W sobotę poszłam świętować z innymi NaNowcami, wyprzytulałam trochę Miłosza, ale generalnie źle się czułam i inna ekipa mnie szukała, musiałam więc zebrać się wcześnie. Nawet piwa nie dopiłam w gruncie rzeczy.

Winner-180x180

Sobota i niedziela na podyplomówce upłynęły całkiem nieźle, chociaż w sobotę nie było żadnego ducha w narodzie i wszyscy zamulali.

Dziadek leży w szpitalu. Jakieś pół godziny temu zadzwonił telefon, że chyba umiera. Tata pojechał do niego sam, nas zostawił w domu. I tak to się toczy.

Ja jak zwykle się zastanawiam co tak zajmuje Adriana, że mi nie odpisuje, czemu kręci mi się dziś w głowie i jak zhierarchizować sobie życie w grudniu. Bo trzeba będzie chyba od nowa. Znowu od nowa.