Wyzwanie czytelnicze: „Pejzaż w kolorze sepii” Kazuo Ishiguro

Posted: Sierpień 12, 2011 in Rant, wyzwanie czytelnicze

Tak wiem, już sierpień. Do tej pory przeczytałam w tym roku już prawie 50 książek, w tym kilka o temacie okołoazjatyckim, ale nic japońskich autorów. Przejrzałam listę sugerowanych lektur i wykreśliłam wszystko, co posiadam na półce lub już przeczytałam. W wakacje dumnie zaniosłam okrojoną listę do ulubionej biblioteki i czekałam na wyniki. 2 dni później dostałam już „Pejzaż w kolorze sepii”, a potem co jakiś czas trafiały do mnie słuchy, że coś jest do odbioru.

Zaczniemy więc w wyzwaniu od przedziału z literaturą najnowszą. Z samym Ishiguro miałam już do czynienia wcześniej, więc wiedziałam, kto zacz. Zaczęło się od „Never let me go” (w wersji angielskiej) po której przyszła też nienajlepsza, żeby nie powiedzieć mierna, ekranizacja. Póżniej jakiś felieton a propos twórczości, gdzieś w odmętach internetu. Teraz to.

Muszę przyznać jedno – Ishiguro kojarzy mi się z niepokojem. Z uczuciem „coś jest nie tak”, którym poprzetykany jest każdy rozdział jego książek. Nie jest to mistrz opisu scenerii, nie zawsze też odmalowuje dokładnie swoje postaci. Może dlatego mamy wrażenie, że to nasi znajomi? Nie wiemy przecież co im siedzi w głowie, ani kim byli przed tym, jak nasze drogi się zeszły i po tym, jak już się rozeszły. Jest to natomiast mistrz dialogu. W „Pejzażu…” ujrzymy niemal teatralne, wyprowadzone na wyżyny grzeczności dialogii Japończyków, rozrzuconych na cztery strony świata – chociaż do krajów, które sam autor znał z autopsji – Japonii, Wielkiej Brytanii, USA…

Skłoniła się raz jeszcze.

– Zapytam ją przy najbliższym spotkaniu.

– Będę ci ogromnie wdzięczna. – Sachiko wypiła łyk herbaty. – Może nawet poprosiłabym cię, byś spotkała się ze swoją przyjaciółką w ciągu kilku najbliższych dni.

– Postaram się.

– To zacnie z twojej strony.

Na chwilę zamilkłyśmy. Już wcześniej moją uwagę przykuł imbryk Sachiko; był to piękny wyrób z białej porcelany.

Chylę czoła przed tłumaczem, który sprawił, że dialogi brzmią lekko nienaturalnie, ale podniośle, a nie dziwacznie. Ja słyszę po prostu samą siebie mówiącą po japońsku z moimi senseikami i z moimi uczniami. W końcu mówienie w języku innej kultury to trochę zmienianie skóry, bycie kameleonem. To potwierdza tylko jedno – Ishiguro jest bystrym i pamiętliwym obserwatorem. No i wirtuozem niepokoju, jak już mówiłam.

„Pejzaż…” ma niechronologiczną narrację z dużą ilością reminescencji z przyszłości narratorki, Etsuko, mierzącej się z pewnym tragicznym dla niej wydarzeniem – samobójstwem starszej ze swoich dwóch córek, Keiko. To powinno być teoretycznie osią całej fabuły. I chyba jest. Ale jakoś nie to przykuwało moją uwagę. Po pierwsze, ta książka jest jak tradycyjna japońska rodzina – pojawią się więc 3 pokolenia i to co między nimi – niedopowiedzenia, zmiany kulturowe, inne obyczaje, konflikty. Jest teść, są znajomi, mężczyźni, potem dzieci. No właśnie, dzieci. Dziecko. Na kartach tej krótkiej powieści snuje się mała Mariko – córka przyjaciółki, ale tak naprawdę dziecko ulicy, za pan brat tylko z kociętami i… no właśnie, co mała Mariko zapamiętała z wojny i bombardowań, której była świadkiem i co poniosła ze sobą w świat?

Po cichu doradzam każdemu parę popołudni z historią, którą Kazuo Ishiguro chciał tu opowiedzieć. O różnicy pokoleń, o Nagasaki, o tym ile się porzuca dla miłości. Chociaż mnie osobiście śniła się po tej książce tylko mała Matsuko i jej kocięta w domku, do którego nie doprowadzono jeszcze prądu, więc wieczorami świecą tam tylko oliwne lampki lub świeczki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s