On how to use collarbone handlebars

Posted: Maj 4, 2010 in mała lingwistka

Długi weekend za mną. Właśnie wracam pociągiem, przedział pełen, z jakąś studentką (wnioskuję) koreanistyki rozwaliłyśmy się z laptopami w zawalonym przedziale. Nauczyłam się czegoś podczas tych paru dni, jak zwykle.

Ale nie było różowo. Droga do Wrocławia była okropna. Zgodnie z prawami Murphy’ego dostałam okres i klnąc czekałam na opóźniony ponad godzinę pociąg. Większość drugi stałam a swoich bagażach ściśnięta jak sardynka, spocona i wściekła. Kiedy gorąca temperatura wciskała mi już mroczki w oczy, Billy’emu z „Rzeźni numer pięć” Vonneguta śnił właśnie swój morfinowy sen.

Pod wpływem morfiny przyśniły się Billy’emu żyrafy w ogrodzie. Żyrafy spacerowały po żwirowanych alejkach i czasem przystawały, aby uszczknąć ze szczytu drzewa gruszkę. Billy też był żyrafą. Jadł gruszkę. Była twarda i stawiała opór zębom, ale wreszcie pękła z soczystym protestem.
Żyrafy przyjęły Billy’ego do swego grona jako nieszkodliwe stworzenie, równie niedorzecznie wyspecjalizowane jak i one. Dwie wzięły go pomiędzy siebie, przytuliły się do niego. Miały długie, mięsiste górne wargi, które mogły zwijać jak kielichy kwiatów. Całowały go tymi wargami. Były to żyrafy rodzaju żeńskiego, kremowe i cytrynowożółte. Miały różki jak klamki do drzwi. Te klamki były pokryte aksamitem. Dlaczego?

– „Rzeźnia numer pięć” Kurt Vonnegut

I ja z nim widziałam żyrafy, żułam leniwie gumę o smaku malin i trawy cytrynowej, wzdychałam do okna. Nie wiem czemu poczułam tę scenę całą sobą. Przez chwilę słowa zupełnie mnie uniosły i nawet potem przez chwilę byłam w samym środku książki.

Do Strzegomia po wielu perturbacjach zajechałam późnym wieczorem – jak się okazało, na próżno. Na tę wizytę było już za późno. Albo zdecydowanie za wcześnie, nie mnie to oceniać. Odkryłam, że palnik patrzy na mnie ze znudzeniem i obojętnością, a było odkrycie tyleż smutne, co nowe. Moje ogólne samopoczucie psychofizyczne wniwecz obróciło plany wyjścia w góry, zamiast więc w milczeniu pokonywać skalne dróżki i podziwiać widoki – w milczeniu siedzieliśmy w jego pokoju, a on pogardliwie nazywał „endorfinami” wszystkich kumpli, którzy zamiast niego ratowali mój nastrój i zdrowie. Szybko zresztą nauczyłam się, że solidne dawki endorfin faktycznie czynią zbędnymi przyjmowanie tabletek przeciwbólowych. I to z kolei odkrycie było tyleż nowe, co radosne.

Z ulgą udałam się na Górny Śląsk, gdzie już mnie czekano. Tańczyłam w pustym przedziale. A czekano z utęsknieniem. Zaliczyłam Zabrze, Gliwice i Katowice. Miałam dla kogo gotować, a po ugotowaniu i spożyciu miał mnie kto wycałować. Może niespecjalnie byłam radosna i roześmiana, ale z każdą chwilą spokojniejsza. Wyciszona nad wokiem, przy telewizorze, w sklepiku, spacerując deszczem pod rękę. Ten spokój przelewałam powoli na Tygrys dzwoniącą do mnie w nocy, rozedrganą i zrozpaczoną. Czytałam i uczyłam się świata, z szeroko otwartymi oczami.

W miarę, jak ją poznawałem, wydawała mi się coraz bogatszą osobowością. Może ujawniała głębie swojej osobowości coraz bardziej, a może ja miałem dla nich coraz większy szacunek. Te głębie nie zawsze były radosne – żadne głębie takie nie są (…)
– „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” Oliver Sacks

Nowa teoria Endorfin, w miejsce Puli Genetycznej wydała mi się rozpaczliwa, ale bardziej wiarygodna. Zrozumiałam, że nie mogę od tego wziąć przerwy, bo nie chcę. Nie chcę odpoczywać od moich Endorfin, jestem endoćpunką i potrzebuję ich. Potrzebuję szczególnie Adriana, jakbym się przed tym nie broniła. Jego głębie nie zawsze są radosne, żadne głębie nie są, ale warte słowa danego Wróblowi – że już nigdy więcej nie będę uciekać. „I’m not telling you it’s gonna be easy, I’m just telling it’s gonna be worth it.”. W dni największej paniki i histerii – Adi jest tam, by dać mi po pysku (nieliteralnie) i trzymając mną za ramiona, mocno potrząsnąć (czasem literalnie) – dając mi wiarę, której istnienie odrzucałam tyle lat, że ktoś nie tylko chce, ale też umie mnie poznać. Że nie jestem przedziwną mieszanką przekonań i cech charakteru, w którą nie da się nijak wgryźć.

Czasem nie mam tylko pojęcia, w tym wszystkim, jadąc z miasta do miasta, nocując pokątnie to tu, to tam, co ja mogę dać ludziom, z tą świadomością, że kiedyś, kiedyś na pewno, opuszczę ich. Adrian przecież zawsze ma rację, kiedyś zostawię go samego, zostawię Tygrys, nikisaku (tego nikisaka, który niesie torby, tego, co myje plecy i robi kaszkę mannę w środku nocy, tego nikisaka, co całuje najczulej w usteczka, ma szczury na ramieniu i wiecznie nie wie, co dalej), zostawię Rauko i Ajniego. Co można dać z taką świadomością? Nawet jeśli ktoś powie „szczęście” to o ileż gorsze to jest, wiedząc, że zabierze się je ze sobą zostawiając za sobą ból straty, rozgoryczenie, samotność? Czy to jest fair?

Mam nadzieję, że najwięcej daje z siebie w te krótkie chwile, dni, kiedy nie pamiętam o tym, że odejdę (do innych, a później także od tych kolejnych i znowu…). W trakcie krojenia papryki czy pomidora do sałatki, przestając oglądać film, bo muszę być jeszcze bliżej, wciskając zieloną słuchawkę na komórce, pisząc maila.

I na ścianie Nory nikisia, jeden z bazgrołów wykonanych markerem, „Powiedz mi, że robię dobrze”, tylko tyle.

Advertisements
Komentarze
  1. Rauko pisze:

    Mizuu…
    Ty najwidoczniej nie pojmujesz-wczoraj minęło,a jutro jeszcze sie nie narodziło.
    Żyjesz w „tu i teraz”.Inny wszechświat nie istnieje.Zresztą nie musi bo ten jeden który masz w ręku ma te magiczną właściwość że daje się go kształtować każdym narzędziem,nawet sama myślą.

    Czyli w skrócie,przestań pieprzyć o przyszłości i siedź na dupie ze swoimi endorfinami w teraźniejszości!!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s