A wariatka ciągle tańczy…!

Posted: Kwiecień 1, 2010 in i jeszcze coś, Rant

Dzisiaj chciałam się wyjątkowo podzielić pewną specyficzną częścią Poznania jaką są knajpy. I to tylko te, w których bywam. I to tylko te, w których bywam pić (chociaż niekoniecznie alkohol).

Behemot

1-on-1 needed? Behemot to the rescue! Moja ulubiona kawiarnia, niezależnie od właścicieli i obsługi. Już za czasów Księcia dawali tam najlepsza szarlotkę w Poznaniu i chyba wciąż nie zmieniłam tego osądu, chociaż wolę tam sączyć herbaty. Ale niczego mi tam nie poskąpiono, naleśników, lodów, czekolady na ciepło i zimno, herbat, kaw, alkoholi.
Knajpka jest dobrze zakamuflowana, mała, ma ogromne fotele i najczęściej – jazz sączący się przyjemnie do ucha. Pełna kotów, małych i dużych. Pełna patrzenia na siebie z uśmiechem, choćby nie wiem w jakim stanie wojny. To tu zabieram nowoprzyjezdnych na dobry początek. Czuję się tam dobrze, przy oknie czytam klasyki literatury, kiedy wpadam tam sama. Na stoliku cudze dłonie, moje dłonie splatają się po cichu. And all that jazz.

Gołębnik

Mikołaju, Mikołaju, jeju jak ta knajpa pachnie Tobą. W każdej z małych salek wyczuwam Ciebie i Ją. Jak tu fantazyjnie podają picie, jaka ładna obsługa. Koronki, falbanki i wszędzie ten zapach i wesoły gwar i pytanie „Co u…?”. Czasem przechodzę tuż obok i patrzę na wesołych ludzi za szybą. To ta sielanka z czasów vintage z amerykańskich reklam płatków śniadaniowych, to dokładnie ten sam klimat. Kiedy chcę się rozpieścić aż do pożygu, po prostu myślę o niej, po prostu idę tam. Czasem sama, czasem na przystanek wracam pod rękę z Tobą.
To tylko ładnie przybrany drink. To tylko makietka radości i tańca. Lukier na pierniczku.

Brovaria

Trochę z wyższej półki, odpowiednik wrocławskiego Spiżu. Lokal zmian, początków i końców, wykwintnych dań i warzonego tam na miejscu piwa. Szczególnie miodowego. To od tego miejsca „wielki świat” zaczyna pokazywać mnie, zakompleksionej nastolatce, Marek. To w piwnicach tego miejsca palnik zada mi to jedno szczególne pytanie i ja się zgodzę. To stamtąd wracam sama taksówką ze smutnym kierowcą w środku nocy. Nigdy nie wierzę tam w japy kelnerów, szczególnie tych, którzy pytają mnie o dowód osobisty. Chcę jeszcze tiramisu i miodowego piwa.
Na dużym ekranie w głębi sali z DVD lecą jakieś koncerty, ktoś nuci, ktoś mruczy. Obrusiki i ten styl, ten styl beżowego sweterka – „young and successful”. Czegóż chce się więcej od knajp praktycznie w centrum Starego Rynku w mieście tak dużym jak to?

Tafla

Środy, środy, Druga Era i coraz milszy uśmiech barmana, gdy mnie widzi. Tłok, tłoczno, a wszystkich tych ludzi, którym aż brak krzeseł, ściąga tu ponoć miłość do fantasy. Albo miłość do kogoś, kto kocha fantasy. Klub to patologia, generator dram i miłego złudzenia, że się przynależy gdzieś, po coś. Okazjonalnie trafia się na starych znajomych, niektórych nawet nie chce się widzieć. Ale tak, można usiąść na kolanach, ktoś może usiąść na kolanach tobie. „To dostał w nos, to popłakał się ktoś, coś działo się”. Dart, kalambury, świeczuszka na stole, opróżniane powoli kufle, kubki, kieliszki i szklanice. Telefony odbierane i wykonywane na półpiętrze.
Gdzież bym się nauczyła tak śmiać i płakać jak tam? Mam genialnych nauczycieli i opiekunów, tam właśnie. I coraz szerszy, lekko falujący uśmiech barmana.

Zapiecek

Na początku jedyną cechą szczególną tej knajpy było to, że była niemal dokładnie w połowie drogi między domem Adriana a Uniwerkiem. A potem już wszystko było cechą szczególną tej knajpy. Telewizor, na którym zapodają 4FunTV albo Comedy Central albo inne teledyski jakieś, w którym można utkwić wzrok, kiedy już nie ma gdzie utkwić wzroku. Zapach Adiego, którym przesiąkły wszystkie po kolei stoły i krzesła i karty dań. Niepokój jakiś moralny, dobre jedzenie i picie. Miejsce, w którym rozumie się pewne fenomeny, a tych, których się nie rozumie, można opłakać szybko w łazience, która już wiele napadów agresji i łez widziała, wierzcie mi.
A jak Mizuu przybiła pierwszego w życiu gwoździa, to nawet pani kelnerka widziała i się zaniepokoiła. Bo trochę już ją kojarzyła wtedy. A ja uczyłam się tam mówić, rozmawiać, I am walking on eggshells there. Pod sufitem brzęczą wściekle pasożytnicze osy słów. Chcę tam wracać jeszcze i jeszcze, chociaż nie zawsze czuję się tam komfortowo. Nie bez Adriana. Nie bez tego, który uczynił to miejsce naszym, miejscem, w które wpadną potem inni, ale będą wiedzieć, że ta specyficzna atmosfera to jego papieros, jego piwo, trzecie, piąte, ósme, jego kaszkiet na jego wieszaku, jego marynarka na krześle, jego kpiący lekko wzrok. Moje łzy, moje milczenie, moje słowa szczere i żałosne, moje dłonie niespokojne pod stołem, moja niedojedzona tagiatella ze szpinakiem, mój śmiech dźwięczący o kufle, mój, w końcu, spokój.

„Zabiorę Cię właśnie tam gdzie wolniej płynie czas
Zabiorę Cię właśnie tam gdzie szczęściu nic nie grozi”

Chodźmy się napić!…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s