W poszukiwaniu straconego czasu

Posted: Styczeń 27, 2010 in mała lingwistka

There I was, minding my own business.
Idę chodnikiem, środek miasta, śpieszę się na Uniwerek, w uszach słyszę „Ain’t got my music”, jest zimno, że nos odpada. Wzdłuż Świętego Marcina, w poprzek, staję na krawężniku. Szarpnięcie.
– Nie przechodź na czerwonym świetle! – słyszę zbyt głośne wołanie, tuż obok siebie, chociaż wcale nie zamierzałam, stałam przecież grzecznie. Facet obok mnie wyglada na młodszego ode mnie, może w moim wieku, wzrok ma trochę obłąkany.
– Przecież nie przechodzę… – wyduszam z siebie niepewnie.
– Nie wolno przecież przechodzić na czerwonym świetle. – tłumaczy mi jak małemu dziecku. Trochę jeżę się w środku. – Może się stać wypadek.
– Tak, z pewnością. – przytakuję niechętnie.
– Tramwaj może cię rozjechać. – kontynuuje on, wskazując na tory.
– Może. Poczekajmy na zielone. – próbuję ugłaskać tego, oby, nieszkodliwego szaleńca. „Przyciągasz takich ludzi” widzę wykrzywioną ironicznie twarz palnika pod powiekami.
– W piątki można przechodzić na czerwonym. – konstatuje znienacka. – Lubię piątki.
– Dzisiaj środa. – nieśmiało upewniam się.
– Środa… Czyli nie piątek? – dopytuje w połowie Świętego Marcina, gdzie znowu łapie nas czerwone światło.
– Nie, piątek jest pojutrze.
– Nie przechodź na czerwonym. Tam jest wypadek. – faktycznie jakieś 20-30 metrów dalej widać pomoc drogową i czerwone auto przy krawężniku. – Jak jest wypadek trzeba wezwac policję?
– Tak, trzeba. – trochę mi niewygodnie z nim zaraz obok. Przeskakuję z nogi na nogę.
– Po co?
– No, bo… – zastanawiam się jak to ująć w proste słowa.
– Muszą posprzątać? – dopytuje patrząc mi prosto w oczy.
– Uhm, posprzątać. I sprawdzić kto był winny.
– Piątek jest dzisiaj? Lubię piątki. – przerywa mi znowu znienacka. Wzdycham, bo znowu się zapala zielone światło i mam nadzieję, że nie będzie za mną szedł.
– Nie, piątek jest pojutrze. Dziś środa, potem czwartek, dopiero piątek. – tłumaczę powoli.
– Ach, piątek za dwa dni? Hm. Jak się jedzie samochodem trzeba mieć prawo jazdy i wzywać policję jak się ma wypadek. – powtarza bardziej do siebie niż do mnie, wciąż za mną idąc. – Jadłaś już śniadanie?
– Tak. – nawet jestem w nastroju mu wytłumaczyć co jadłam, ale przerywa mi:
– Kupiłem pałek kuraka. Mogę na tym zrobić rosół, nie? – podnosi dumnie dwie foliówki. Obie z tego co widzę nie są pełne zakupów, ale śmieci. Chłopak zaczyna też przejawiac irytujący zwyczaj mówienia każdemu mijanemu przez nas człowiekowi gromkiego „dzień dobry”.
– Wolę na piersi… – zwierzam się cicho.
– Też mam. – podnosi znowu jedną z foliówek – Kiedy ten piątek?
– Za dwa dni. – przypominam. Na poparcie swoich słów pokazuję mu dwa palce.
– Ma Pani samochód? – w obliczu moich zadziwiających zdolności matematycznych chyba przeszedł ze mną na „Pani”.
– Nie. – zaprzeczam. I po chwili dodaję – Ale wzywam policję do wypadków. – postanawiam ugruntować w nim tę wiedzę raz na zawsze. Czuję na sobie jego intensywny wzrok, zmarszczone czoło i już chcę spojrzeć mu znowu w oczy i zapytać co się stalo. Wtedy jednak on nagle obraca się na pięcie ze mijającym nas mężczyzną. Słyszę jeszcze jak doganiając go rzuca gromkim, silnym głosem.

– Przepraszam, już piątek?!

Advertisements
Komentarze
  1. natalia pisze:

    zatem, byle do piątku…

  2. tygrys pisze:

    i dlatego nigdy, przenigdy nie będę pracować z upośledzonymi. nie mam na to nerwów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s