Don’t panic.

Posted: Styczeń 25, 2010 in i jeszcze coś

Żyłam wczoraj w jakimś koszmarze, błądząc po omacku, rękami trafiając w, nie przymierzając drodzy czytelnicy, gówno. Dziś rano musiałam sobie odbić tę pierwszą myśl w życiu o samobójstwie, która błysnęła nagle, na 5 może minut, w tonie, który niczego nie zmienia, kiedy ani się człowiek tą myślą nie podnieca, ani nie smuci, czyli jedną frazą, w gruncie rzeczy był tak samo kontent jak jest. Dziś rano musiałam sobie odbić mój totalny brak obycia liczbowego, zmysłu matematycznego, wyliczana szans i statystycznych miar, których nie ogarniam, a co czyni mnie bezużyteczną w obliczu prac grupowych na chwałę mojego alma mater i otrzymanego od niej indeksu. Dziś musiałam sobie odbić za żal ten wydania 80 peelenów na „interesujący eksperyment” posłania mnie z wizytą i nieśmiałym uśmiechem do kogoś, kto z zakresu psychologii ukończył znacznie więcej niż moja ścieżka pedagogiczna, zaraz potem jak wymnożyliśmy te koszty we dwoje, nocą ciemną przez tygodnie, miesiące, lata niezbędnych wizyt z nieśmiałym uśmiechem. Odbić sobie muszę chęć rzucania wszystkich projektów w diabły, ludzi i anioły, bo dostrzegam w nich raczej przyzwyczajenie i marazm niż pasję, żar, cokolwiek przyjemnego i szczytnego.

Odbić sobie muszę.

Rano wstaję i przez parę godzin z daleka omijam leżący na dywanie laptop. Biorę samą siebie na przetrzymanie. Czytam książki, myje włosy, na śniadanie jem pomarańczę i dwa kawałki babki z bakaliami. Patrzę na zdjęcie samej siebie zrobione wczoraj cyfrówką, nie poznaję się, kasuję fotkę. Po śniadaniu odbija mi się zdrowo, zapijam to zimną wodą mineralną. Przeczesuję palcami włosy – w garści zostaje mi pełen pęk suchych wiechci. Ach więc łysieję. Słońce świeci przez okno, światło odbija się od rudawo-blond włosów w mojej dłoni, wyrzucam je przez okno.

Siadam, zamykam oczy, kładę się. Uśmiecham się do świata. Przez chwilę czuję się dużym, nieporadnym nikisakiem. Póki nie otworzę oczu, to jedyna myśl, jedyne skojarzenie, które mam. Ta chęć chwycenia paczki Slimów mentholowych, ta chęć wypicia kilku puszek piwa, ta chęć skręta z trawy, ta myśl, że okno otwarte i wysoko. Potem zupełna euforia, radość dzika, wahanie nastroju, że oto wyszłam z tego, że spójrz na mnie, leżę i się śmieje, patrzę na siebie sprzed chwili i chwalę świat, że mogłam przeżyć na chwilę coś ciemnego i czarnego. To poczucie zupełnego odcięcia, które znajdowałam w jego tekstach pełnych rozdwojeń jaźni, niespokojnych i dających zarazem poczucie ulgi.

You thrill me, half kill me, that’s what you do.

OK, kryzys zażegnany, włączam komputer. Zapisuję swoje wszystkie ciemne i wilgotne zakamarki, zanim zapomnę jak wyglądały. Potem go odłożę i będę musiała stąd wyjść nim zawita do nas ksiądz z kolędą.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s