Skończyłam porządki

Posted: Czerwiec 15, 2007 in Tfurczość, Wyszperane

I z lat licealnych, chciałoby się rzec – szczenięcych – ale przecież jeszcze z nich nie wyszłam na dobrą sprawę, wygrzebałam z zaskoczeniem tekst napisany, ot tak, na lekcje polskiego (Polish A1 HL >,<). Zamieszczam przepisaną wersję z dedykacją dla nikisaku i Dajmosa – nie moi drodzy, już nic nowego zapewne nie spłodzę. Ale miłego.

„Opowiadanie z dzieciństwa”
esej kreacyjny
Liczba Słów: 1265
19 / 20 pkt

Magda wracając do domu rodzinnego miała tylko jeden zamiar – znów ujrzeć siebie, powieloną setki razy przez fotografów-amatorów w albumie ze zdjęciami. Przypomnieć sobie rezolutną dziewczynkę o głębokich, szarych oczach i pyzatych policzkach patrzącą prosto w obiektyw bez żadnej obawy o przyszłość….

 

Zdjęcia rozrzuciła po podłodze, nie zważając na protesty własnej matki. Pierwsze, które wpadło jej w ręce przedstawiało ją z pewnym kolegą, nieczułym draniem, najlepszym przyjacielem. Pewnego dnia, pod koniec szkoły podstawowej, zatrzymał ją w drzwiach klasy i spytał, niby od niechcenia:
– Lubisz bawić się słowami, prawda?
– Bawię się tym, na co mnie stać. – odpowiedziała dumnie. Miała wtedy około czternastu lat…
Każde kolejne zdjęcie cofało ją w czasie: przez kilkanaście czerwonych pasków ze świadectwem, a może odwrotnie, dla Magdy to nie miało znaczenia; przez twarze bezimienne, bo czas odebrał im imiona. Aż do tej małej, maleńkiej Madzi. Tak małej, że książki, które towarzyszyły jej na wszystkich zdjęciach zrobionych, kiedy była starsza, wydawały się w tych czarno-białych kompozycjach jedynie ozdobami, a nie opowiadającymi historie przyjaciółmi.
Dlatego z uporem godnym lepszej sprawy szukała ostatniego zdjęcia, tej szczególnej, pożółkłej już zapewne, wycinanki z życia. Tej ostatniej fotografii sprzed jego śmierci, na której nie odważyła się jeszcze wziąć do ręki żadnej książki…

 


Po półgodzinnych poszukiwaniach z triumfem na twarzy nabożnie uniosła ten szczególny kwadracik papieru, który wchłonął tamtą sekundę z jej życia, kiedy siedziała mu na kolanach.
– Kochany dziadunio… – wyszeptała przez ściśnięte gardło. Zdjęcie, jak relikwię, przycisnęła do piersi.

 

I wszystko nagle stanęło jej przed oczami tak wyraźnie, jakby działo się wczoraj. To, jak trzecie urodziny obchodziła u dziadków, na przedmieściach, gdzie mijał jej właśnie drugi tydzień letnich wakacji. Magda miała wtedy dwa kucyki, szczotkowane codziennie rano przez jej babcię i wiązane frotkami, które przysłała jakaś bliżej jej do tej pory nieznana rodzina z zagranicy. Jej dziecięca wyobraźnia rozbudzona zapachami pieczonych, miodowych ciasteczek dochodzącymi z babcinej kuchni po południu i obietnicami wspaniałej zabawy nie pozwoliła jej zaznać snu w noc poprzedzającą tamtą bardzo szczególną uroczystość. Kiedy więc tylko słońce zajrzało do jej pokoju, energicznie zerwała się z łóżka. Wybijając bosymi stopami przyjemny rytm radosnej obecności dziecka w zamieszkałym przez dziadków domu, pobiegła do sypialni obudzić ich oboje. Ale coś zatrzymało ją w pomieszczeniu poprzedzającym pokój, w którym powinni spać: w gabinecie siedział, całkiem już przytomny, dziadziunio, a na kolanach spoczywała mu ich odwieczna, wspólna tajemnica… Jego dziennik.
Magda pamiętała tamten dziennik. Był gruby, obity w solidną, brązową skórę, pachnącą atramentem i jajecznicą, którą jego właściciel zajadał ze smakiem na śniadanie niemal każdego ranka. Kartki miał chropowate, cierpliwe, śpiewające pod dotykiem dziadkowego pióra. Magda zapamiętała też, jak tamtego dnia najpierw przyłożył palec do ust, potem puścił do niej porozumiewawczo oko, a w końcu, kiedy podeszła zaciekawiona nie widzianym wcześniej przedmiotem, usadził ją na kolanach.
Począwszy od tamtego dnia słowa przedstawiały się jej kolejno, śpiewnie wymieniały swoje imiona i zaczynały swój taniec z jej percepcją świata. Póki jeszcze trwały wakacje, zrywała się słonecznymi rankami ze swojego posłania i biegła do gabinetu dziadka. Tam z jego kolan obserwowała powstawanie ósmego cudu świata. W dzienniku dziadka czas ulegał zatrzymaniu. Strony przepełnione były czarnymi wężykami jego rozchwianego pisma, setkami wycinków z gazet, różnymi fotografiami, a nawet różnymi rysunkami Madzi i papierkami od cukierków, które chowała wieczorem pod poduszką by rankiem wklejać je do dziennika. Kiedy potrafiła już rozpoznawać wężyk oznaczający jej imię pośród gęstwiny czarnych zawijasów, i kiedy pod palcami z pamięci potrafiła przywołać smak cukierków po dotyku papierków – wakacje skończyły się równie nagle jak się zaczęły. Przez cały ten czas, zgodnie z obietnicą, którą złożyła swojemu dziadkowi, nie pisnęła na temat porannych schadzek i zapisków ani słówka. Teraz, kiedy wróciła do zatłoczonego centrum, gdzie słowa nie śpiewały głosem dziadka, smaku nie dało się wyczuć pod opuszkami palców, a kartki bajek nie pachniały jajecznicą, obietnica ta ciążyła jej jak nigdy przedtem.
Wkrótce potem sama zaczęła nieskładnie wycinać podkradane mamie gazety i wklejać je do zeszytów, brudząc strony klejem. Raz nawet wyniosła trochę jajecznicy po śniadaniu i wysmarowała nią środek zeszytu. Nic to nie pomogło. Czuła, że zapomniała o piosenkach, których nauczyły ją czarne węże mieszkające na kartach dziennika dziadka, schowanego gdzieś w domu na przedmieściach. Ciotki zawsze wspominały tamten rok jej życia z zachwytem, ponieważ nauczyła się rozlicznych piosenek, które na życzenie owych ciotek (a także mamy) piała donośnie przy każdej okazji gromadzącej przynajmniej pięciu członków rodziny. Ale to oczywiście nie rozwiązywało problemu braku jej wewnętrznej melodii.
W kilka miesięcy później dziadek poważnie się rozchorował. Magda pamiętała, że nie bardzo rozumiała, co się dzieje z jej dziadziuniem. Rozpływała się wręcz w zachwycie, kiedy zamieszkał razem z nimi, a razem z sobą przywiózł dziennik. Dopiero w wiele lat później zrozumiała, że powodem przeprowadzki był jego stan zdrowia, z którym babcia sama nie mogła sobie dać rady. Ale mimo częstszych niż kiedyś napadów kaszlu i chrząknięć, to wciąż był jej dziadunio, o uśmiechu rzeźbionym w zmarszczkach. Osoba, na którą patrzyła codziennie i wiedziała, że jest bezpieczna. Kiedy rodzice mamy zamieszkali z nimi, nauczył ją czytać i pisać. Dopiero wtedy Magda zrozumiała, czego brakowało jej zeszytowi. To w słowach była zaklęta ta melodia, ta piosenka, jej dusza…

 

Wkrótce potem stan zdrowia dziadka pogorszył się tak bardzo, że nawet przed Magda nie był w stanie go ukryć. Skrzypiącym głosem dyktował jej wciąż z uporem kolejne strony dziennika, a po tym jak wysłuchał wiadomości z prasy, decydował, co wyciąć i gdzie wkleić. Dziennik nie umierał, dziadek owszem. Mała Magdusia czytała mu do poduszki zarówno bajki, jak i Biblię. Kiedy w domu skończyły się książki (tata Magdy nigdy nie przykładał do ich kupna specjalnej wagi, po latach wciąż nie mogła mu tego darować), dziadunio, jakby zespolony z tą melodią, zamilkł. Usnął. Umarł.
W oczach Magdy słowa, nowe, świeże, mogły wciąż przywrócić go do życia. Z rozpaczą i krzykiem, rzucając się w poprzek chodników domagała się kupna książek, ale jej przewidywania nie sprawdziły się. Nawet w kościele, kiedy jej czytanie stało się tak głośne, że musiano ją wyprosić, dziadek nie otworzył już oczu. Zostawił ją samą. Zupełnie samą. Nawet dziennik, schowany pod łóżkiem Magdy, niebawem został jej odebrany…
…od tamtego czasu stała się dzieckiem milczącym i zamkniętym w sobie. Jeśli odzywała się, to zazwyczaj do siebie.

 

Dziś, kiedy Magda trzymała to zdjęcie przy piersi, książki wciąż były dla niej święte. Dziennik dziadka zajmował honorowe miejsce na regale w jej domu, gdzie pokazywała go ostrożnie także swoim synom. Ale do tej pory nie mogła zrozumieć, w jaki sposób założyła rodzinę. Wpływ jej niemal mitycznego przodka był tak silny, że nie mogła się oderwać już nigdy od swoich słów. Bo słowa należały do niej, były nią i całym otaczającym ją światem. Brzmiały inaczej w różnych językach, których aż 4 Magda nauczyła się w stopniu takim, by władać nimi biegle; ale wciąż miały tę samą melodię. W końcu nie widziała sensu w ciszy, jeśli nie była wypełniona śpiewem książek. Dorastała z poczuciem, że słowa, jeśli tylko wciąż będą to świeże słowa – zapewnią jej długie, szczęśliwe życie. Odnalazła swój dziecięcy i naiwny światopogląd w tym, co napisał Horacy – „Non omnis moriar„. W jej domu obok dziennika dziadka stanął więc po kilkunastu miesiącach tomik wierszy jej autorstwa. Potem jakiś zbiór jej opowiadań. A potem powieść.
Wychodząc z domu Magda odwróciła się jeszcze do swej zdziwionej matki. Po chwili namysłu powiedziała cicho:
– Mamo… Słuchaj… Kiedy byłam małym dzieckiem, to wiedziała już, że żyję, by coś po sobie pozostawić.
– To oczywiste. – odparła jej matka – Masz dwóch synów.
– To nie tak… – wyszeptała – Synów urodziłam. Książki stworzyłam. I tylko to, co stworzyłam zostanie po mnie. – Zawahała się zamykając drzwi. – Jak świat po Bogu…
I wyszła.

Pod spodem komentarz:
„Niezłe, niezłe. Uwaga na interpunkcję i niektóre niezbyt subtelne określenia – 19/20”
(brakowało w tekście czterech przecinków)

Jakiekolwiek skojarzenia z Grain (Magda) [nie znałam jej wtedy], czy mną i moim dziadkiem – nie były zamierzone. Zapachu jajecznicy, pod żadnym imieniem, też nie pamiętam.

Reklamy
Komentarze
  1. Mizuu pisze:

    Przymiarka, wyslalismy inne 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s