Ognisko było już tylko zimną kupka popiołów. Pasterz obudził się, ale chociaż wiedział, że jego podopiecznej nie ma obok, nie wstawał i gapił się bezmyślnie w niebo przedzierżgające się z szarości w róż i błękit.
- Księżniczko! - zawołał w końcu nie ruszając nawet palcem. Czasami bardzo żałował, że opuściła z nim zamek, dawno dawno temu, że zostawiła wszystkich za sobą, daleko stąd, że już nie robi tej sztuczki z czerwonymi nićmi, które ciągnęły ją spowrotem. Tylko mniej się śmiała i w szarych oczach miała większy obłęd - Księżniczko! - podparł się na łokciach. - Psia jucha, no…
Obcasem przydeptał kupkę popiołu i splunął. Zawieruszała się ostatnio coraz częściej, to w lesie, to w stajniach przy drodze, to w wysokich po pas kłosach złotego zboża. Odnajdywał ją tam śpiącą z głupawym uśmieszkiem, tudzież chrapiącą. Odechciewało mu się wszystkiego.
Tym razem nie znalazł jej śpiącej, po kilku bowiem minutach drogi usłyszał jej śmiech, czysty, trochę szalony. Przyśpieszył kroku. Im był bliżej tym bardziej się pocił, bał się, ogarniał go nieuzasadniony jeszcze lęk. Z daleka widać było jej ogniste włosy i stojącego przed nią na tylnych łapach Niedźwiedzia. Zerwał się do biegu.
- UCIEKAJ! - krzyczał z całych sił raz, potem drugi, ale odległość zmniejszyła się gwałtownie, a ona nie ruszyła się z miejsca, klęcząc w trawie, klaszcząc i śmiejąc się do rozpuku. Niedźwiedź klaskał również i robił śmieszne miny, parskając. Przypatrywał się Pasterzowi ciekawie… nie tylko on.
Polana roiła się od zwierząt. Wszystko co żyło - ćwierkało i wyło do Księżniczki chcąc ją rozbawić - z dobrym skutkiem. Ta głaskała je kolejno, mruczała do nich i próbowała naśladować ich ruchy.
- Idziemy… - położył jej rękę na ramienie, ale nie widziała go, zajęta skaczącym w rytm ptasich treli Kretem i Jelonkiem. - Idziemy już! - szarpnął ją lekko. Wciąż nie słyszała. Co gorsza spod jej kolan poderwał się dumny, smukły Tygrys i wyszczerzył na niego kły. - Mam harmonijkę i nie zawaham się jej użyć! - rzekł asekuracyjnie. W końcu była magiczna, na pewno… chyba.
Zwierzęta najwyraźniej nie były przejęte groźbą, część z nich stanęło między nim a nią, część pociagnęło ja wgłąb w siebie, bosą i ufną. Księżcznika wyciągała ręce w kierunku najśliczniejszego chyba Szczeniaczka na świecie o szaroburym futerku, popiskującego z grzbietu całkiem młodej jałówki. Krowa wywijała ogonem paradnie. Pod nogami Pasterza przemknął Lisek.
- No i co?… Zadowolona jestes? Zadowolona?! - krzyknął za nią. Siedziała okrakiem na grzbiecie Niedźwiedzia i klaskała do swoich nowych hałaśliwych przyjaciół. - Zadowolona…?
Tylko cykanie świerszczy zostało po wesołej eskapadzie i pewność przeradzająca się w pytanie “Kiedy się jej znudzi?… Daleko jeszcze do naszego celu. Ucieka mi jak małe dziecko… Wszyscy jesteśmy dziećmi.”
Zarobiłam od: